
Mam tu coś napisać o nowej polskiej książce Bernharda, sporo było/będzie pewnie w gazetach, więc tylko oderwane zdania, jako że jestem na urlopie, a urlop zobowiązuje. Uwielbiam Bernharda za „szaleństwo”, pasję i gniew, prawdziwe czy rzeczywiste, trochę bałbym się przeczytać jego biografię, żeby „święty potwór”, jak napisali o nim chyba w „New York Timesie”, nie dostał nagle jakichś domowych ram, kontekstów, i żeby mi się nie „osadził”. Napisał strony o temperaturze porównywalnej z najbardziej wściekłymi perorami Céline’a czy obłąkańczymi mowami Pounda, mam tu na myśli żydożercze wystąpienia tego ostatniego drukowane swego czasu przez „brulion”. W jego stylu jest coś, co niemal fizycznie przeszkadza w odłożeniu książki, może chodzi o odsuwanie „nadzienia” („przesłania”) zdania na sam kraniec okresu, poza zasięg naszego radaru, zazwyczaj nastawionego na jednostajne tempo napływu „znaczenia” i spokojne się nim karmienie. (Może to zdanie nie jest prawdziwe.) Może o sposób, w jaki zdania łączą się ze sobą, może o to, że od pewnego momentu wcale nie chcą czegoś „przekazać”, co raczej dać wyraz procesom, jakie je rodzą, i stapiają się w jeden ze sławnych monologów, które tak ciężko porzucić, choćby dlatego, że wyobrażamy sobie wielką przyjemność, jaką będzie dopłynięcie do ich zakończenia, którego wyglądamy, spodziewając się po nim zdarcia Bóg wie jakich zasłon. Monolog w Zaburzeniu zajmuje połowę książki i staje się stopniowo coraz bardziej „zdysocjowany”, czy może „obłąkany”, kto przeczyta, doceni walory „konkretu”, bo konkrety, nazwy własne itp. są w tej części zdumiewająco nieliczne, wyglądają na parę głazów toczonych potężnym nurtem i pokazujących to tę, to inną krawędź. Nurt niesie i diamenty, i zwykłą ziemię, wydaje się, że metafory „życia” jako „teatru” itp. są taką „ziemią”, w takich momentach widać, że jest to wczesna książka. Dlatego potrafię zrozumieć zarówno głosy wynoszące powieść pod nieba, jak wskazujące na jej wątpliwe jakości (Reich-Ranicki: „stek banałów”, chyba tylko o monologu), ciekawy przegląd głosów niemieckiej krytyki jest w posłowiu. Najbardziej zaciekawia i przyciąga mnie do Bernharda to, że nawet w najbardziej zajadłych diatrybach rozcieńczona jest tu jakaś nieuchwytna ingrediencja, coś jakby… humor… (To słowo jest tu tylko na urlopie.)
r
(Czytaj dalej…)