Wojciech Szczupak
Czytając przetworzone przez Wojciecha Szczupaka haiku („haliku” jak chce autor) przez chwilę pomyślałem o Miłoszu i jego monumentalnych przekładach i o tym, jak w te japońskie filiżanki (czarki?) przelewał był nasz noblista mądrości o wierzbach i chodzeniu do kaplicy, tłumacząc je zresztą nie z oryginału lecz z języka angielskiego, a zaczepiony na tę (bądź inną acz podobną) okoliczność odpowiadał, że „znajomość języka oryginału nie jest (mu) do tłumaczenia potrzebna (czy konieczna)”. Haliku Szczupaka mam za nowy wiew w tę tradycyjną polską formę, i tu zakończę, zachęcając jednocześnie do śmiałego zapoznania się z resztą utworów naszego rodaka ze słonecznej (dzisiaj — 22 stopnie) Barcelony.
tg
(Czytaj dalej…)
Marek Szpadelski
Czuję się zobowiązany powiedzieć wyraźnie: nie jestem zachwycony trybem życia Marka Szpadelskiego, uważam, że alkohol, samotność i przede wszystkim telewizja to rzeczy niebezpieczne, z którymi obchodzić należy się po sapersku. W przypadku Charlesa Bukowsky’ego te złowróżbne czynniki doprowadziły do picia alkoholu, samotności i zasypiania przed telewizorem, słuchania melancholijnej muzyki Brahmsa oraz pisania melancholijnej poezji, której, co również pragnę podkreślić, nie uważam za moją ulubioną. Radość, jaką odczułem zetknąwszy się ze zwartą i przytomnie skrojoną liryką dzisiejszego „debiutanta” wprawiła mnie jednak w tak szampański nastrój, że uwierzyłem, że tłumy odbiorców skupią się raczej na właściwościach stylu autora, niż na jego łobuzerskim nieco cynizmie i sączonym w czaszkę podszeptom o tym, że lepiej nie iść jutro do pracy! Teraz myślę jednak, że kit im w ucho, niech patrzą nawet na treści: tego wrażliwego i budzącego sympatię gościa, którego w technikum poruszyła twardość dra Rieux, i który o kroplach na szybie pisze „biegające”, a nie „biegnące”, nie można pomylić z nastoletnimi Tartuffe’ami piszącymi śliskie strofki o Bogu i dziewczęcych zadach i rzekomych z nimi problemach. (Mój kochany kolega Tomek Grobelski dobrze wie, o kim myślę!) Im i wszystkim nam życzę pod choinkę milimetra sześciennego tego materiału, z jakiego wykonana jest końcówka wiersza „Wiersz” (do piekła prowadzą rury indywidualne i w nich się pozostaje, wiecie?), będzie ważyć tonę. Do widzenia!
r
(Czytaj dalej…)
Piotr Chlebus
Nie zdarza się to często, ale się zdarza: w nadesłanym .rtf znajdują się d o b r e w i e r s z e, nie jeden czy dwa, ale cała kolekcja, nikt nie ma wątpliwości, Grobelski donosi że fajne, Szpindler że poeta, wiadomo że należy się zaangażować w sprawę, rzeczy są niewypindrzone, niezaskorupiałe, jakby urodzone i nie zainteresowane tym, żeby wejść w wiek męski, szminy brak, szmina śladowa, są tąpnięcia, zdumieniowość, szczęśliwie rozstrzelone obrazy z puentami odchylonymi od pionu, jest wiosna w Warszawie, ciepło, ulice wojenne, kasztany potężnieją nocą na Powiślu, przychodzi to zdziwienie że ktoś tam krąży z wrażliwością autentyczną, że nie naczytał się złej poezji lat 90. i nowszej, że jakieś rozważania znowu kogoś opadły, że ktoś jest zainteresowany prawdą, że to istnieje, ciągle, jak liście, grona te kasztanowe, nagle sami jesteśmy zainteresowani prawdą, chcemy wyjść;
r
(Czytaj dalej…)
Zuzanna Ogorzewska
Wiersze Zuzanny Ogorzewskiej, autorki warszawskiej (proszę mnie poprawić, jeśli się mylę — służy do tego przycisk „dodaj komentarz”), są ciekawym kompromisem między, z jednej strony, logoreiczną odpowiedzią na wszechestetykę Sosny (chodzi najogólniej rzecz biorąc o estetykę w formie takiej, jaka dociera i umacnia się na portalach literackich), a czystością lirycznego dzwonu (jak w „Tremie”), wiarygodną obyczajówką („Damska wódka”) czy skłonnością do ciekawych, klarownych sentencji („Banalne nawoływanie do życia…”) z drugiej. W jej gotowości do obnoszenia się z lirycznymi pazurami widzę coś z dawnej Katarzyny Zdanowicz czy Kingosi Miąskowiak, co musi cieszyć, mając na uwadze tyle wołań o pełnokrwistą kobiecą lirykę, które się słyszy tu i ówdzie: otóż Zuzanna Ogorzewska śmiało wychodzi im naprzeciw!
tg
(Czytaj dalej…)
Paweł Kamiński
Będę się streszczał: styl wypracowany przez Pawła Kamińskiego uważam za znakomite rozwiązanie, jeśli idzie o próbę uniesienia wysokich treści go obarczających; radzi sobie z tym zadaniem o wiele bardziej pomysłowo i odważnie niż, dajmy na to, marsowy idiom K. Siwczyka czy inne propozycje mierzące się z zagadnieniami „języka”, „słowa” itp. niejako twarzą w twarz, czy nawet „z góry”. Kamiński od razu umiejscawia się „na dole”, w sferze naiwnie wzniosłych stwierdzeń, wytartych porównań i mżawki wielokropków, i to, co ma do powiedzenia, mówi za pomocą takich właśnie, porzuconych przez innych, środków. Stąd jego sukces — możliwa śmieszność przy potknięciu się na „wielkim temacie” zostaje z góry uprzedzona okolicznościami, jako że na scenę wychodzi nie usztywniony retor, a człowiek w spodniach Chaplina. Rzecz jeszcze i w tym, że po przeczytaniu tych wierszy nikt nie będzie podejrzewał autora o to, że taka jest akurat jego poza i to wszystko chytrze sobie wykoncypował; ponieważ bardzo nie chcę powiedzieć, że ta poezja „jest autentyczna”, powiem może, że zaproponowana kreacja jest nad wyraz spójna, a nad charakterem spoiwa (delikatność? Kropla humoru? Co jeszcze?) każdy może porozmyślać sam.
r
(Czytaj dalej…)
Maciej Domagalski
Powiem wam coś. Powiem póki znów jestem — znów przeczytawszy tych kilkanaście wierszy Macieja Domagalskiego — szesnastolatkiem i walę konia gdzie popadnie. Retro to syf, ale dobre wiersze Domagalskiego to cholernie fajna rzecz pod słońcem. Bo nasi starsi przyjaciele (moja stara mnie zabije jak dowie się, że znam i szanuję kolesi z „brulionu”) są zajebiści, prawdziwi i napierdalają ostre kawałki. SZATAN KURWA. Pchłę tytułu pierdoli słoń tytułu.
pj
(Czytaj dalej…)
Konrad Góra
Bliżej szelestu wyrzucanych gazet niż ich przeżuwania? („Wrocław”) Niżej w eterze niż Program Drugi Polskiego Radia? („Powrót”) Wcześniej niż pierwszym pociągiem do Lwowa? („Mieszkać w domu”) Tropice czasoprzestrzennej już podziękujemy, spod przęseł mostu macha wam Konrad Góra.
tsz
(Czytaj dalej…)
Adam Grzelec
„Świetny humor. Ale pliku nie mogę otworzyć” (Piotr Janicki), „Bardzo sympatyczne” (Rafał Wawrzyńczyk), „Fajnie, że podesłał” (Kamil Zając), „Teksty są wyśrodkowane, bo jestem poetą awangardowym” (Adam Grzelec).
(Czytaj dalej…)
Tomasz Ososiński
W wierszach Tomasza Ososińskiego bardzo lubię te momenty, w których zrozumiałą i „klasyczną” konstrukcję, której powstawaniu towarzyszyliśmy w trakcie lektury, oglądamy nagle z innej strony, w jakimś krótkim, niepokojącym i „niezrozumiałym” ujęciu: kolumna pęka, a z jej odłamków możemy zbudować sobie już bardzo różne rzeczy… Lubię też czysty ton, z jakim brzmi w wierszu „Ariodante” słowo „płakać”.
r
(Czytaj dalej…)
Agnieszka Kłos
Na przestrzeni kilku linijek opowiadania „Kazanie do psów” Agnieszki Kłos znajdują się najmniej cztery — patrząc z perspektywy korektora — sporne miejsca.
Jeśliby zamykający naszą propozycję niedługi wiersz „Zmiana warty” pozbawić wersyfikacji, miejsc tych byłyby dziesiątki.
pj
(Czytaj dalej…)