Tomasz Baran
Ambulatorium
Słońce, mam już dosyć tego Lebenslaufu, biegu,
natarczywej amplitudy stacji, odkąd tu jesteśmy
tylko się przemieszczam jak mały koralik.
Wiecznie niewyraźna nitka kardiogramu, zmiany
są pozorne, chyba że coś blaknie. Co dzień
przed śniadaniem sprawdzam uzębienie i odnotowuję
fakt, wciąż zmieniam pracę, a z nią zmieniam system
i nomenklaturę. Wczoraj na szkoleniu z bhp
spotkałem realizatora dźwięku, słodki chłopak,
cały w peaks & bottoms i coś we mnie drgnęło,
nisko, w kłębie trzewi. Nie wiem jeszcze czego
użyć do equalizacji, by złapać właściwą frekwencję,
lecz wiem, są od tego spece i są urządzenia
i można — oddychać w ciasnych pomieszczeniach
swobodnie i na głos, sycić się powietrzem.
Głos jest tutaj prężny, głos jest tutaj wszystkim.
To we mnie pulsuje i to coś poddadzą wstępnemu
badaniu. Czekam w niekończącej się kolejce
cząstek do pobladłych drzwi laboratorium. Rzędem
w korytarzu jak w wielkiej strzykawce,
jest tłoczno i gwarno, jesteśmy gotowi
na ten prędki zabieg — oddać krew i mocz,
komplet informacji ze skórzanych teczek,
uzupełnić akta brakującym wnioskiem o rychłe
zwolnienie z wiosennych przesileń. Tak,
obowiązkowych, bo ważne są piki i ważny jest ruch,
oraz by lekarze wierzyli, że żyjesz, abyś czuł
– to mniej, liczy się wrażenie i liczy się to,
że wciąż się przemieszczasz. Jestem jeszcze
na czczo, ssie mnie, jest kolejka, światło
wpada oknem robiąc szybki X-ray.
(Czytaj dalej…)
Franek Wygoda
Mała uczta
Nago przy stole
Twarzą w twarz
Jemy palcami
Ośmiornice z grilla.
Z długich palców
Starannie
Zlizuje
Oliwę i czosnek.
Chcesz chleba, pytam.
Ona tylko się śmieje,
Płatek ostrej papryki
Ma na czubku języka.
(Czytaj dalej…)
Maciej Woźniak
Anne Sexton, pocztówka z adresem
Nie jestem bardziej kobietą
niż Chrystus był mężczyzną.
A. S.
Smugo nad drzwiami garażu, która dotykasz mi twarzy
i lekko iskrzysz na futrze po mojej matce, chcę czuć się
nią, przekręcając ten kluczyk, by mnie z niej w końcu ocucić,
tak jak Chrystusa z mężczyzny. Nie z futra zapach stęchlizny,
lecz z perfum, z kremu przy lustrze, z podpasek i mokrych chustek
wyżętych za chwilę w wiersze. Chcę wypluć z siebie powietrze,
jakbym wypluła ten żeton, co każe czuć się kobietą,
od stóp do głowy być sercem. Smugo, pocztówko z adresem,
pod którym mnie nie zastaniesz, kiedy tu wrócisz nad ranem,
wcześniej się zatnie mechanizm, wypełni się spalinami
naczynie na głód i na strach. Ze szczeliną, wąską jak w drzwiach.
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Letni dzień cię pokocha
Błyska się w takim dniu
jasnymi zakamarkami życia.
W dzbanie tulipany,
nagłe uniesienie wpływa do kabla pamięci,
o perle z małża powiesz,
ogarnięta spokojem, trochę nawet nim przejęta:
„chyba twój guzik” albo „zadawniony katar”.
(Czytaj dalej…)
Kuba Przybyłowski
Proponujemy, by wiersze Kuby czytali Państwo na głos, najlepiej z wydruków i na przystankach. Przystanki są takie ponure, a wiersze Kuby takie pogodne.
pj
(Czytaj dalej…)
Monika Mosiewicz
Proste historie? Krosty na nosie
i patyk jako pistolet, sekret za szkiełkiem
wciśniętym w ziemię, biedna inkrustacja
podwórkowych trawników.
Tego ci brak? Ale patrz,
ciągle trwa Pan Perzyna i Pan Grass.
Jeden ćwiczy skrawek ziemi pod oknem do roli
ogródka, w każdej chwili którą pamiętam,
drugi w tej samej wyprowadza psa.
Czyżby nie utrwalono
tej jednej klatki przez tyle lat?
Tegorocznej zimy, na półpiętrze
mrozy rozspoiły olejne lamperie,
odpękały płatkami przez tydzień
jakby coś się miało wykluć,
aż zagipsowali, zamalowali
jednego dnia. Tym samym kolorem
spłowiałej fotografii. Trzymali tę farbę
przez tyle lat? Spytali Pan Perzyna i Pan Grass.
I został, jak był złowieszczy, nietknięty
stary napis, klatka malowana
w 1991 ostatni raz. Powiedz,
czy przyjdzie taka epokowa zima,
że kiedy zejdzie śnieg, zamiast psich kup
błysną te wszystkie szkiełka wypolerowane
jak kryształy w kredensach,
z wyzierającymi rześko fiołkiem,
nagietkiem i płatkami róż,
a Pan Perzyna i Pan Grass
drepcząc w ich tęczowym świetle
będą mruczeć cha-cha-cha?
(Czytaj dalej…)