Witold Wirpsza — „Liturgia”
Cyc Gada
Pośród wielu, wielu przeciwieństw na które się natykam w poezji znalazłem i takie, wyrażone akurat w wierszu — tak więc w bardzo niejasnych okolicznościach — które obrazują (jednak!) dwa dwudziestowieczne utwory:
Czy jest coś centralnego? / Rozrzucone po ziemi sady, / Miejskie lasy, wiejskie plantacje, pagórki po kolana? / Czy centralne są nazwy miejsc?
– pyta pierwszy („Ta jedna rzecz, która może zbawić Amerykę”, tłum. Piotr Sommer),
Każda rzecz ma swoje centrum poza symetrią i to centrum / Stanowi jej złoty środek, bo sama w sobie spoczywa; / Więc żaden opis nie jest rzeczą zdrożną, ani skrajności, / Ani miejsc pośrednich, ani granic, ani centrum.
– prawi drugi, a obaj pajęczyny subtelne snują (pozdrawiam przy okazji Jakuba Winiarskiego — pj), tylko że u Ashbery’ego nić brzdąka wewnątrz dawno nieotwieranego bagażnika auta przemierzającego bezkres, a u Wirpszy — błyska na suknie nieźle zachowanego futerału od skrzypiec Stradivariusa.
Bardzo zresztą możliwe, że piszę o podobieństwach w poezji, chociażby dlatego, że bujnorosła retoryka Wirpszy i „ecie pecie” Ashbery’ego z równą siłą ściskają jaja porannego koguta.(Czytaj dalej…)


