Paweł Tomanek
Wstążeczka
Morze złożyło tutaj swoje rzeczy;
zgłosi się po nie za dwa, no,
trzy mrugnięcia. To pełne taktu falowanie
jest tym, co każdy chciałby — w gruncie rzeczy –
przenieść na suchy grunt swojego
życia. Czy powiedziałem „suchy”? Trudno.
Mówimy tu raczej o rodzaju bagna,
o którym trudno powiedzieć coś „swojego”,
poza tym, że jest, i że zawiera w sobie
i morze, i rzeczy. Czy te fale
nie biorą się z samego tylko mrugania?
Nie, dopóki mrugasz tylko do siebie.
(Czytaj dalej…)
Jan Riesenkampf
Ewentualny podział na sceny należy do reżysera.
AKT I
Sypialnia, utrzymana w stylu antycznym.
W łożu leżą Tezeusz i Ariadna.
[Uwaga, Panie Reżyserze, to nie jest sztuka ani erotyczna, ani podkasana, ani frywolna.]
Oboje są w długich, białych szatach.
TEZEUSZ Która godzina?
ARIADNA Jeszcze czas.
Jeszcze dużo czasu.
TEZEUSZ Dużo?
ARIADNA Aż do rana. A ty co byś chciał? Carpe diem, czy tam noctem, nigdy nie byłam najlepsza w martwych językach. W końcu po coś na tę wyspę jak wulkan gorącą przyjechałeś.
TEZEUSZ Byłaś tam kiedyś?
ARIADNA Z wahaniem (jakby coś ukrywała) Opowiadali mi.
TEZEUSZ Ariadno, jak tam w środku jest?
ARIADNA Tam w środku można się wiele dowiedzieć.
TEZEUSZ Czego się można dowiedzieć?
ARIADNA Prawdy. Niestety.
(Czytaj dalej…)
Jan Riesenkampf
* * *
Oni już wiedzą. Ja jeszcze nie wiem, co. Ale oni już wiedzą.
Ja nie jestem antysemitą. Ani pół. Ale to niestety ludzie.
Czego oni chcą?
Czegoś. I oni to wiedzą. Ja też się dowiem.
Tylko trochę późno. Jak już będzie po.
Po czym, to już zależy. Sądzę, że po mnie.
(Czytaj dalej…)
Marcin Urban
Zaniechaj błazeństw tych, do diaska!
Miej za stracone to, co czmychło.
Pławiłeś się w słonecznych blaskach,
Idąc za tą, którą nierychło
W byciu kochaną ktoś pokona.
Liczne się wtedy sprawki działy,
Których tyś pragnął, chciała ona:
Ach! Jasne słońca ci błyszczały!
Lecz ona nie chce już, Katullu,
I ty więcej nie chciej, w górę głowa!
Wytrwały bądź — pomimo bólu –
I ścierp! Ty, dziewko, bywaj zdrowa;
On już się wyrzekł cię ze szczętem.
Co ci zostało? Żal, frasunek!
Cóż to za życie? Komplementem
Któż trąci serca czułą strunę?
Kto cię pokocha? Kto odwiedzi?
Kto zechce złożyć pocałunek?
Nikt! Chłopcze, zdzierż, boś dość się biedził.
Jan Riesenkampf
GŁOS, zza kotary
Proszę państwa! Za chwilę pojawi się czarny tulipan.
Pauza.
Stoisz, czytelniku Jana R., w kolejce do apteki. Kolejka nieduża, przed tobą i za tobą stare baby. Gadają. Włączasz się i po chwili zaczynasz im opowiadać o niestworzonych przepisach kulinarnych. Robi się tłum.
Pauza.
Znowu ty, w studiu telewizyjnym (przyłapany na oglądaniu paznokci, na widok kamery, ocknięty, kontynuujesz):
TY, CZYTELNIKU
Jan Riesenkampf nie jest szerzej znanym poetą…
Kamera odjeżdża w kierunku Jana R., który ogląda paznokcie, zauważa kamerę i mówi:
JAN RIESENKAMPF
„Zaznaczam, że o niektórych rzeczach po prostu nie rozmawiam.”
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Trochę wyznania
Nad naszymi głowami zawisła pszczoła i
w sekundzie znikła i wtedy jakoś tak
bezwiednie podniosłem oczy
na lazurowe niebiosa
i na wyłaniającą się nie wiadomo skąd
szynę, po której sunął do tyłu samolot
a jeszcze później minęła
nas niebieska ciężarówka
i skręciła w tę cz. parku
z kanałami i ja na swoich tylnych łapach
poszedłem za nią ciekawy jej marki
a potem moje myśli zawirowały i
kiedy byłem już blisko niej
i hałas był bardzo duży
te moje myśli poszły w inną stronę
a ja za nimi a dalej to już wiesz…
(Czytaj dalej…)
Adam Zdrodowski
Une vieille inuite avec un vagin au lieu du traîneau
Noc jest nieprzebrana.
La lune est une calebasse pâle
(Odbija się w wodach kanału).
On se voit bientôt
Sous la lune — une calebasse pâle,
Co wgryzie się w twoją szyję.
On se voit bientôt,
Gdzie ton nadają nerwy i krew.
Wgryzie się w twoją szyję,
Un homme au chapeau noir,
Gdzie ton nadają nerwy i krew,
Sous un pont tout neuf.
Un homme au chapeau noir
Odbija się w wodach kanału.
Sous un pont tout neuf
Noc jest nieprzebrana.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Jan Riesenkampf jest prawdziwym człowiekiem. Pięknie struga wariata, a zadziwia gigantyczną samoświadomością i świadomością efemeryczności ludzkiej świadomości.
Widzi jak obligujące człowieczeństwo miota człowiekiem w fraktalach jego dymnych sprawek, rozdmuchanych na egocokole rozbełtanej odrębności. Widzi, że nigdy nie widzi w pełni.
No więc Jan Riesenkampf jest prawdziwym człowieniem, smutnym zgrywusem, nowym modelem stańczyka, przeklętego zaklęciem powagi istnienia, który, zdaje się, rozgryzł tajne, walne panowanie wszechmogącej ironii i mięli je jęzorem.
Riesenkampf jest tak ludzki, że przypomina smoka wawelskiego zatrutego szpiegiem z krainy deszczowców. Jako taki smok stroi się w żupan zapięty guzikiem klasycznego graffiti, bije paszczą w oślepiającą ścianę, robi zdjęcia swoim obłędnym uśmieszkom sowiego luzu, wychodzi na szczyt sękacza wymachując fantastyczną szabelką i spada po ciasteczkowych stopniach przymusu myśli w stertę literek, ziejących otchłanią spod ogonków polskiego jeżyka.
(Czytaj dalej…)
Jan Riesenkampf
* * *
Data.
Dzisiaj szedłem ku ulicy Dobrej; trzeba przyznać, że nazwy to oni wymyślać potrafią. Potem nazwę całej ulicy, która ma trzysta numerów, zamieniają w nazwę jednego domu, który stoi w samym jej środku. W Akademii przerabialiśmy hasło: bezguście. Teraz akurat je sobie przypomniałem, sam nie wiem dlaczego. Nie jestem opanowany.
Za skrzyżowaniem jest tabliczka z nazwą ulicy. Ktoś przerobił duże D na duże C. Muszę powiedzieć, że nawet mi się to podobało.
Na skrzyżowaniu przeszedłem przez jezdnię. Jezdnię zamiatał gość w drelichach, takich pod panterkę.
Wyglądał na bezrobotnego, zatrudnionego z jakiegoś funduszu. Zamiata, zamiata… i nagle coś zaświergoliło. Jakby miał kanarka za pazuchą. A on za pazuchę sięga, i wyjmuje telefon. I zaczyna konwersację. Z miotłą w garści, czy już między nogami, na środku ulicy.
Właściwy cel: budynek szkoły muzycznej na Bednarskiej. Stare budownictwo. Grubość ścian: półtora metra.
(Czytaj dalej…)
Rafał Wawrzyńczyk
Że umarłem
Po nocy której śniłem że umarłem
której śniłem że kopnąłem w kalendarz
że pojechałem do Abrahama na piwo
że zjadłem gwoździe śmierci i wypiłem lurę śmierci
że zagrała nowoorleańska orkiestra i statek ruszył w górę rzeki
że rozmawiałem z Matissem
że zęby zamieniły się miejscami
że tuż za oknami szkoły wybudowano fioletową wieżę
że liść spadł z drzewa i zaczął mówić
że radość odwróciła swoje koła
że kawałki cegieł dało się znaleźć w trawie
że nad horyzontem błysnął samolot sprzed stu czterdziestu lat
że myśli były jak tonik
że naga kobieta zbiegła jesienią po stoku obsadzonym drzewami
że przyjaciel dał mi do ręki kawałek muzyki
że pozdrawialiśmy ludzi na tratwach
że słońce zaczepiło o krawat
że siedziałem za ławą z Włochem mieszkającym przy cmentarzu
że ogród wyglądał jak w książce
że wydawało mi się, że byłem Jugosłowianinem
że bałem się odwrócić stronę z ilustracją
że widać było nici do każdego ptaka, każdej rzeczy w powietrzu
że na Błoniach nie było nikogo oprócz łyżki mgły
że pomysły oddziaływały na nas i przyciągały do siebie jak głosy olbrzymów
że wiedzieliśmy, że w jednym z domów jest klarnet
że ktoś wylał farbę na konie
że sosny przewróciły się granatowo
że w jaskini mówiono do ucha i do liczydła
że czerwonoskóry wyrzucił stopy i czołgał się dalej —
stoję przed lustrem w łazience
z niebieskawą pianą
na policzkach
i samoloty latają szczęśliwe
nad osiedlem
(Czytaj dalej…)