Tomasz Szewczyk
Rafał Wawrzyńczyk: A skoro o periodykach mowa, to czy wpadła Ci w ręce przedostatnia1 „Literatura na Świecie”, ta o Ashberym? Polecam, choćby dla szkiców Ashbery’ego o sztuce; różnica między językiem krytyki akademickiej, którego próbki znaleźć można w tym samym numerze (raz są to rzeczy mniej, raz bardziej zajmujące), a czystym i niemal „naiwnym” spojrzeniem Ashbery’ego, jest uderzająca. Już chyba kiedyś o tym mówiliśmy, tutaj to się potwierdza: nie ma w tym biznesie waluty cenniejszej niż pierwsze i prawdziwe doznanie.
(Czytaj dalej…)
Andrzej Sosnowski
*
Miłość jak malinowy chruśniak z wódką na dużym lodzie
z szarym runem pieprzu i łuną tabasco. Mówi się
shirt of flame wściekły pies monastyrka. Mówi się
mleko i miód na twoim podbródku, Joanno.
Mówi się
dreszcz instalacji w dalekim systemie,
lallen i lallen; „gorzkosłodka”; zuzu.
Mówi się też boski koks, neantyzyna.
Mówi się alfa o mega lub oda do zet:
Apollo gądł na lutni Ziggy played guitar
(stronami popiół, a stronami funky).
A może byśmy tak do Nałęczowa —
Tadeusz zna tam jedną restaurację
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Od wtorku jestem zatruty. Chodzi o „dystans” (spătĭŭm); w obecności jego syku doznaję niemiłego uczucia upokorzenia… nie, nikogo nie oskarżam, starczy słownika…
Słowik i noc
– Słowiku,
słowiku?
– Pogani!
Pogani!
Pardon, już jestem:
Adama Kaczanowskiego poznałem w 2006. Nie chciał z nami psocić, sprzeciwił się nawet wpisaniu dedykacji do tomu, który mi podarował i w geście triumfu (uwaga ślad iloczasu! — pj — pj) narysował trupią czaszkę. Od tamtej pory przy różnych okazjach myślałem o Adamie, na dwa czy trzy zdawkowe mejle ode mnie zdawkowo odpowiadał, w końcu doszło do niniejszej prezentacji, a ja jestem szczęśliwy że odkrywam delikatną naturę Adama oglądając raz po raz na tylnej okładce jego zdjęcie.
pj
(Czytaj dalej…)
Marcin Urban
Pieśń VI. Do Flawiusza
O swych miłostkach — miast chętnie i szczerze
Mówić, Flawiuszu — milczysz jak zaklęty!
Może się kochasz w jakiejś lampucerze —
Chorej i szpetnej — i stąd te wykręty?
Lecz próżno milczysz, wszak syryjskie wonie
I resztki wieńców na twoim tapczanie
Świadczą, że w większym niż sam jeden gronie
Zwykłeś noc spędzać; podobnie posłanie
Z tej i z tej strony kompletnie podarte,
A także łóżka ustawiczne zgrzyty.
I cóż, Flawiuszu, twe milczenie warte?
Nie byłbyś przecież sił wszelkich wyzbyty
Gdybyś był lędźwi nie zmęczył deboszem!
Swych sprawek przeto nie zatajaj więcej —
Ni złych, ni dobrych — a ja te rozkosze
Opiszę światu w dowcipnej piosence.
(Czytaj dalej…)
MLB
MLB: No, muszę się przyznać, że nigdy nie powątpiewałem w myślach ani nigdzie indziej w sprawie Mirona Białoszewskiego (dokładniej mówiąc, nigdy od momentu, kiedy „zatrybiłem” do tej twórczości), może i szkoda, bo omijają mnie teraz takie rewelacje, jak ta Rafała, he he. (Nawiasem mówiąc, podpisuję się pod Twoim wezwaniem wszystkimi rękami i nogami!) Wspomniany już toroncki awangardzista Artur Płaczkiewicz, który wśród licznych innych zajęć obronił pracę doktorską o Białoszewskim na uniwerku w Toronto, rozdziela jego rzeczy na te „sprzed 1976 r.” i „po 1976 r.” Przy czym zgadaliśmy się we dwójkę, że bardziej nas ciekawią te „po 1976 r.” Na mnie np. Obroty rzeczy często sprawiają wrażenie zbyt „ładnych”, żeby nie powiedzieć — kokieteryjnych. Ale zgodzę się, że po obu stronach tego rozgraniczenia można spotkać dwie różne odmiany piękna, niepoddające się prostej wycenie, poza tą oczywistą, że różnym ludziom pasują różne rzeczy. Jeszcze inaczej: teksty „sprzed 1976 r.” są w moim odbiorze ujęte w ramę, w takie passe-partout „literackości” czy, właśnie, „dzieła sztuki”; natomiast te późniejsze jakby rezygnowały z tej ramy. I znowu, niektóre obrazy lepiej ogląda się w ramie, do niektórych rama nie jest konieczna; nie wpływa to bezpośrednio na inne walory. Natomiast sama „Karuzela z madonnami”, jak dla mnie, wymyka się tej dychotomii; można powiedzieć, że swoim wyjątkowym lśnieniem (tu też się zgodzę) przyćmiewa obecność czy nieobecność passe-partout.
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Mężczyzna z lewej strony kadru idzie, co chyba dosadnie wyraża jego lewa, złapana w ruchu, noga. Mężczyzna po prawej za moment zawróci; idzie bowiem śladem mężczyzny z lewej i czeka aż tamten uderzy w przeszkodę. Reżyser: Byli… No właśnie, ciężko powiedzieć… Ten wyższy ciągle coś jadł, znikał na całe godziny, podczas gdy drugi szukał guza, o tu widać jak nie zważa i idzie do przodu… Właściwie to było tak, że co pierwszy zjadł, to drugi wychodził.
Zapraszamy na wtorek do „Diuny”, gdzie o 19:30 przeczytamy swoje wiersze; najmilej widziani słuchacze.
MLB
I. Na żywopłocie leksyki
Rafał Wawrzyńczyk: Miłoszu, riddimy? Podobno to nie „arabskie rydwany”.
MLB: Nie nie, to jamajskie ścieżki rytmiczne. Jak ktoś umiejętnie ujeżdża riddim, to jest uczta uszna dla słuchacza. Np. Lee Scratch Perry wierzchem na podniosłym Bracie Bobie (Marleyu): „Super mouse! Super house! Super computer! Martin Luther!” — z wydzierem, ale jakim. „On tak na poważnie?” zaniepokoiła się moja córka, kiedy raz puścili w radiu.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Większość pytań, jakie przebiegły Ci przez głowę, drogi Czytelniku, gdy łapczywie wpijałeś wzrok w karty Sofostrofy, została już zadana autorowi w obszernym wywiadzie, który lada dzień wpłynie na łamy naszej witryny; postawione w nim kwestie rzuciły na wiersze z tomu na tyle odkrywcze światło, iż MLB zdecydował się — podobno — na przepisanie kilku utworów, by nadążyły za ustaloną w ogniu rozmowy interpretacją… Ze swojej strony chciałbym więc tylko podzielić się kilkoma momentami, które dostarczyły mi specjalnych atrakcji podczas lektury tej książki. Mam tu na myśli, po pierwsze, jeszcze jedno potwierdzenie drzemiącego we mnie przekonania, iż strofy trzywersowe są układem bardziej dynamicznym niż strofy czterowersowe (wyjaśnienie tego faktu przez wskazanie dwóch nurtów wersyfikacji, dziedziczących po, odpowiednio, Dantem i symbolizmie, składam na barki prof. Cięciwy). Po drugie, poruszający wiersz „Prawo”, zakończony tym cudownym znaleziskiem, tak prostym i odkrywczym, że zacząłem się zastanawiać, czy w formułach wiążących czas i przestrzeń nie tkwi przypadkiem jakaś specyficzna, zniewalająca moc (pewne wzory pod czapką Einsteina; inne przykłady proszę słać na adres redakcji). Po trzecie „każdy nie sam chodzi sam”. „Jak każda wybitna poetycka idea, objawia się w paradoksie” powiedział chyba gdzieś John Ashbery, poeta stanowczo zbyt często przywoływany na łamach tej strony, i chyba o czymś innym.
r
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Szyp mimosa
Ní lasu ní lasu
a kuku!
Ní ieziora ní ieziora
y chłopca y chłopca
a kuku a kuku!
Imas imas,
kyk kykati.
Imas imas,
kyk kykati.
(Czytaj dalej…)
Katarzyna Jakubiak
Slam, dunk & hook
Szybkie kontry. Dwutakty. W trampkach
Z insygniami Merkurego
Przechytrzaliśmy manewry
Złych aniołów. Tylko świst
Gorących sznurków jakby jedwab,
Z trzech metrów. W kolistym
Labiryncie stworzonym
Z naszych ciał potrafiliśmy trwać
Prawie wiecznie, zatrzymani
W pół skoku jak potwory z książek.
Wysoka nuta zawisła w powietrzu
Na długą sekundę. Od
Obręczy. Śrubowaliśmy
W górę & pakowaliśmy piłki, co rozsadzały
Czaszkę nadziejom & dobrym
Intencjom. Chudzi jak tyczki, same ręce
& stopy… sprężysty rytm.
Byliśmy metafizyczni, kiedy dziewczyny
Kibicowały nam na bocznych liniach.
Plątaliśmy się upadając,
Mięśnie jak jasny motor,
Dwa mignięcia do metalowej obręczy
Przybitej do dębu.
Kiedy Sonny‘emu umarła mama,
Grał bez przerwy cały dzień, tak ostro,
Że tablica połamała się w drzazgi.
Lśniąc od potu,
Obracaliśmy piłkę
Na opuszkach palców. Pech
Czekał już na nas, miarowo
Bijąc pałką w dłoń.
Parę kozłów, podanie
& lot niczym krogulec.
Dwutakty. Szybkie kontry.
Zaskakiwały nas nasze własne
Ruchy. Nasze ciała kręciły się
Wokół osi z kości & wiary,
Przez liryczny węzeł
Radości, & wiedzieliśmy, że jesteśmy
Piękni & niebezpieczni.
(Czytaj dalej…)