Piotr Janicki
Mówi Lynch
Dlaczego śrubokręt?
Akurat był pod ręką.
Dlaczego żarówka?
Nie mogłem dosięgnąć.
Piotr Janicki1: Gdzieś poniżej Przylądka Północnego, a ponad Miami (ale i ponad wiosennym kinem amerykańskim lat 80-tych) jest styk, na nim rozegrała się akcja filmu Inland Empire Davida Lyncha.
Powiedziałem po prostu: jest, a mam nagle taką refleksję, że IE to przykład uprawiania sztuki w sposób dynamiczny, uderzającej w swoje ramy jakby od zewnątrz.
Tomasz Szewczyk2: „Damn! This sounds like the dialog from our script!” No właśnie, czy do końca tak z zewnątrz? Gdyby chciało się uprościć, to by się powiedziało, że ten przełącznik in/out znajduje się jednak „wewnątrz”. Zacząłeś z grubej, ale dobra; tak sobie myślę, że dużo ma tu do rzeczy odejście Lyncha od taśmy na rzecz nieco siermiężnego obrazu cyfrowego; jak gdyby pozwoliło mu ono na głębszą (bliższą temu, co-się-dzieje-w-głowie) medytację nad kręconym filmem.
(Czytaj dalej…)
Agnieszka Kuciak
Jak surowo traktuje Dante bierność, zastanawia od początku jego dzieła. Nawet z piekła wykluczeni są passivi, których karą jest bieg za sztandarem, jadowite ukąszenia i brak sławy. Nie przynależą donikąd, bo w nic się nie zaangażowali. Ich losem jest anonimowość, bo losowi rzekli „wielkie nie”. Zaprzeczenie ludzi wielkodusznych — ideału Arystotelesa — są trawieni poprzez wieczną zawiść, nawet o locum w infernie…
(Czytaj dalej…)
Agnieszka Kuciak
A kiedy rzekł te słowa, z niedaleka
dobiegły wolno inne: „Oj, być może,
że tu posiedzisz” — coś jak głos człowieka.
Więc się skręcamy na to dictum Boże,
i nas uderza widok wielkiej skały,
nie dostrzeżonej we wcześniejszej porze.
I podchodzimy tam, gdzie zażywały
cienia za głazem duchy, spore grono,
rozwalające się jak ktoś niedbały.
A jeden (pewnie bardzo go zmęczono!)
siedział i ściskał rękoma kolana,
a między nimi trzymał twarz spuszczoną.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Tymczasem kobaltowy diabeł o wiele mniej lekkiej, lotnej, górnej i potężnej natury czekał w ukryciu, aż Adamowa pretensja się wypstryka, jak zresztą wszystkie pretensje Belacquy, pozostawiając go nader nieprzyjemnie rozbrojonym. Dla niego Wielkie Zaniechanie było kaprysem losu i jego impertynenckim zrządzeniem. Przystoi bowiem umysłowi rozpaczać w żałości albo pod jej ciężarem się zmącić; tym bardziej złożenie się w grób albo łono w ów specjalny sposób, który rozważać będziemy jeszcze przy niejednej okazji, to dla umysłu, rzecz jasna, prawdziwa przyjemność. Ale bezczelny wtręt upiornego tyłka świata, psujący machinę rozpaczy, wynoszący go hop i już z wygodnych kolein, zwiastował utratę ciągłości, czego Belacqua szczególnie nie lubił.
(S. Beckett, Sen o kobietach pięknych i takich sobie,
tłum. Barbara Kopeć-Umiastowska i Sławomir Magala)
Tomasz Szewczyk
Wiersz dla Marcela
Wpędził się w złamanie karku, basen, łysina młodego ratownika.
To ma być proza życia. Co za potworny dług, żeby mówić przy paście
misiu kociaku. Brać kwiaty na przysłowiowy ryj.
Sprawy ryja są proste.
(Czytaj dalej…)
Adam Wiedemann
3.8.07
Jestem w Warszawie z Aldoną, idziemy na koncert, na którym prezentowane jest „autobiograficzne” dzieło Strawińskiego na dwa ksylofony i baryton, śpiewa Jerzy Artysz, ale zbyt dużo nie ma do tego śpiewania, bo główną rolę pełnią ksylofony, zawrotnie wirtuozowskie i bezbłędne, wręcz wdaję się z kimś w dyskusję, czy w dziele dodekafonicznym rozpoznalibyśmy pomyłkę, upieram się, że ja u Strawińskiego — tak. Potem wkracza murzyński zespół dęty, więc objaśniam szeptem, że teraz będzie Ebony Concerto, ale nie mam racji, bo następuje całkiem inna muzyka, tzn. w sumie podobna, tyle że wokalna i o „lżejszym” charakterze. Jest już dość późno i myślę, jak będę wracał do domu, choć z drugiej strony nie przejmuję się, bo przecież w Warszawie zawsze jest u kogo spać. Po koncercie idę coś zjeść z jakimiś kolegami, potem jeszcze wracam, bo wydaje mi się, że na widowni zostawiłem torbę. Torba istotnie jest, czarna raportówka i (również czarna) solistka drugiego zespołu, która jak gdyby jej pilnuje, bo reszta dziewczyn już sobie poszła. Jest już po jedenastej, autobusy miejskie nie kursują, idę na stopa. Samochód zatrzymuje się natychmiast, prowadzi go gruby facet, ledwo się w nim mieści, a jeszcze z tyłu ma porozwieszane jakieś garnitury, więc siadam jednak koło niego z przodu, ruszamy z piskiem opon, ma do mnie pretensję, że nie domknąłem okna, staram się, ale domknąć się go nie da — zawsze osiągnąwszy najwyższą pozycję, zsuwa się z powrotem w dół. Po drodze wpadamy na grupę rowerzystów bez świateł, która jednak rozstępuje się przed nami bezwypadkowo.
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Acr urkotea
Słucham Shellac’a,
mam skórę jak u kurczaka.
(Czytaj dalej…)
Grzegorz Wróblewski
***
Młoda, piękna kobieta na przystanku autobusowym. Wysportowane ciało,
charyzmatyczne rysy twarzy… Patrząc na nią nagle wyobrażam sobie,
jak będzie wyglądać za 30-40 lat. Moja nieustanna, chora wyobraźnia:
wszędzie widzę (węszę) rozkład. Przypomina mi się genialna fotografia
Roberta Franka: 14th Street, New York City, 1948. Na zdjęciu 5 pulchniutkich
(wtedy taka moda) kobiet. Zadowolone palą papierosy. (Gorąca czekolada kosztuje
10, herbata 5, a cheeseburger 25 centów). Czy któraś z nich jeszcze żyje? Świat
jest konkretny. Fotografie Roberta Franka zdobyły sobie zasłużone uznanie:
Robert Frank is one of today’s leading visual artists.
I nigdzie ani słowa o tych pięciu gracjach.
(Czytaj dalej…)
Grzegorz Wróblewski
W oknie ojczyzna.
Zjadłem ojczyznę.
Odnieś mi ojczyznę.
Kochasz ojczyznę?
Dziś znam ojczyznę.
Wierzysz w ojczyznę?
Słucham ojczyzny.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Z jednej strony zawsze staram się aktora mierzyć graną przez niego postacią, ale z drugiej, nie potrafię oglądając na plakacie w pokoju wypoczynkowym twarz Emmanuelle Seigner nie pamiętać oczu Dziewczyny [The Girl -- tłum. Piotr Janicki] z Dziewiątych wrót Romana Polańskiego. Równocześnie nie przestaje mnie dręczyć, że właśnie ją wykorzystał jako kamuflaż Lucyfer…
(W książeczce Władysława Kopalińskiego Drugi kot w worku czyli z dziejów nazw i rzeczy rozdzialik zatytułowany „Mimetyzm” zdobi przedziwny rysunek: myszopodobne zwierzę jest ścigane przez psopodobnego agresora, ten najwyraźniej stracił z oczu ofiarę, bo pyta ją, nie przestając gonić: „gdzie jesteś”, natomiast ofiara wydobywa z siebie „o rany”. C z y o n a p r z e s t a ł a w i e d z i e ć, g d z i e u c i e k a?)
Kiedy wpierw przelotnie przeglądałem prezentowaną właśnie książkę Grzegorza Wróblewskiego, to wiedziałem że będę w tarapatach podczas całej lektury, jeżeli szybko czegoś nie wymyślę.
Kończyłem kolację, gdy nagle spadł plaster szynki na ziemię i plasnął całym swym — nikłym bo nikłym, ale jednak — ciężarem. Wtedy postanowiłem, że będę szukał między rozdziałami Androida i anegdoty a światem, który otacza, najkrótszych dróg.
Intuicja nie zawiodła mnie. Nie chcę Państwa zanudzać moimi odkryciami, tym bardziej że to co wyniosłem z lektury trudno nazwać mądrością, a niepokojem nie należy się dzielić, a jeśli już, to tylko w pełni odpowiedzialnie i tylko za uzdrowicielskie skutki.
To jedyna według mnie rysa relacji, jaka wytworzyła się podczas lektury między mną a — no właśnie… W każdym razie nie potrafiłem się jej oprzeć.
PS. Kiedyś zastanawiałem się: są leki, których nie należy łączyć z innymi, albo pewnymi pokarmami conie, ale czy są takie leki, które wymagają ścisłej diety:
(pj)
(Czytaj dalej…)