Piotr Janicki
Piotr Janicki: Słucham sobie The Ruins i nie mogę się nadziwić ich kunsztowi. Rozumiem też, dlaczego nie polubiłby tej kapeli X1: nigdy nie zdobył odznaki humorka! Ale nie X jest moim bohaterem, jest nim Y2.
Y stąpa po grani i wie, że można zapomnieć nagle o kijkach i butli z tlenem i rzucić się w otchłań (z najdroższym na rynku spadochronem).
Tak, Y jest typem z poczuciem humoru…3
Granice wytyczone przez Beatles, psychodelię, hardcore i przez rzesze innych Ruins rozjechali.
Wiki nie jest dokładna, ostatnia płyta Ruins (jaką mam, 2006) z zambrowskiego4 VIVO nazywa się Ruinzhatova (tak jak Acid Mothers Temple — nb. z członkiem Ruins!! może jeszcze lepsi — koncert z Nagoi wydali pod spinką Acid Mothers Gong).
(Czytaj dalej…)
Dominik Bielicki
Węźli się wyplata…
Dziadek uczył: sznurek
(lepiej żeby dłuższy)
na supeł, przełożyć przez dłonie
(obie dłonie) i gramy
(trzeba dwóch).
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Gdybym siedząc przy klawiaturze miał w zwyczaju pijać herbatę, pewnie już dawno by mi tutaj wystygła. Ale robię to rzadko, przy klawiaturze pijam raczej mineralkę, soki. Bądź kolę. Co można powiedzieć o koli? Kola ma to do siebie, że wyciągnięta z lodówki i otwarta, w miarę nieużywania robi się ciepła. No i traci przy okazji swój drogocenny gaz. Tomasz Beksiński psioczył w jednym z felietonów na knajpę, w której zaserwowano mu do obiadu ulubiony napój w takiej właśnie postaci; rozważał przy tym praktyczność postawy Michaela Douglasa w filmie Upadek, gdzie ten kijem baseballowym i porzuconym w korku autem kontestował niedociągnięcia demokracji. Kto wie, może kij i lepszy do tego od klawiatury. W każdym razie Beksińskiemu z tą drugą za bardzo nie wyszło — w ostatnim felietonie wylał resztki żółci i otruł się w Wigilię, siedem lat temu. Komu jednak przyszłoby do głowy wylewać ciepłą kolę? Mimo, że nie łechce już w podniebienie bąbelkami i robi się lepka, wciąż będzie opływać w liczne dobrodziejstwa. Pamiętam, że kolki moje i kolki siostry leczone były przez mamę właśnie tym, lekko podgrzanym, imperialistycznym napojem (co, prócz dowodu na skuteczność homeopatii, jest potwierdzeniem leciwej, awangardowej zasady: chcąc zwalczyć znaczenie, użyj homonimu). Ponoć dobra jest też przy usuwaniu rdzy i innych oznak upływu czasu. Słyszałem kiedyś, że ząb mleczny, wrzucony do szklanki koli, potrafi rozpuścić się w ciągu jednej nocy. Nie próbowałem, nie widziałem, nie za bardzo wierzę. Nie słyszałem natomiast, żeby kola rozpuściła komuś takiego zęba w ustach; w to też bym nie uwierzył, ale posłuchać o tym — chętnie, owszem. Zapraszam do Grawitacji.
tsz
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

O Lorce myślę jak o magiku, który ze mną jada drogie obiady. — Zaraz tu będzie kelner — mówi Lorka wycierając sok persymony z policzka i proponuje mi grę w MoMo. Chodzi o to, że na szpulce (na którą Lorca mówi moja mała metrum) ma za zadanie umieścić jeden z przedmiotów (który nazywa moja mała motyw), który mogę sobie za każdym razem wybrać z najbliższego otoczenia, w taki sposób, żeby szpulka puszczona po podłodze trafiła w miejsce, z którego zabrałem tenże przedmiot. No i kiedy już taki przedmiot wybiorę i przynoszę do naszego stolika, Lorca odwiązuje chustkę z oczu, pokazując mi swoje małe dłonie; w jednej jest szpulka, do drugiej chowa motyw. Następnie potrząsa dłońmi, a za chwilkę zamyka każdą z osobna, wkłada do cylindra, potem pyta, czy pamiętam zasady. — Pamiętam! – odpowiadam zniecierpliwiony (tym razem podałem poecie kamyk przywieziony znad morza, hehehe), dzisiaj jestem pewien, że nie ja zapłacę za obiad i jadłem jak durny. — Jak chcesz, odpowiada Lorca, wstaje i odwraca się tyłem, patrząc na automobile — jak je lubi nazywać – za oknem.
Wkładam szybko do cylindra rękę i wyciągam kelnera z rachunkiem
pj
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Nie wierzę w spokojny wieczór
Przed chwilą wpadło mi do gło
wy ale był telefon i zaraz wypadło
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Książka Adama Szymczyka, którą wygrzebałem z pudła na stoisku „taniej książki” na Dworcu Zachodnim 10 minut przed odjazdem mojego autobusu, była czymś w rodzaju dziesiątki trafionej przy strzelaniu z zawiązanymi oczami. Przekonałem się o tym w trakcie trzygodzinnej podróży do domu, w jakieś mgliste przedpołudnie, zajmując miejsce w przerażająco niewygodnym minibusie, którego — oprócz kierowcy, który wyraźnie ucieszył się na mój widok — byłem jedynym pasażerem. Opowiadanie Metastart, jedną z najlepszych krótkich próz, jakie przeczytałem od wyuczenia się liter, musiałem zacząć gdzieś na wysokości Mszczonowa, koło Rawy Mazowieckiej byłem bogatszy już o Grę do jednego, Trzy niełatwe kawałki, niezwykłą Ostatnią pokusę i szereg innych rzeczy, których nie sposób tu przedstawić (pudło na dworcu, wydaje mi się, jeszcze nie jest puste…). Ale Metastart: jeśli powstanie w naszym pięknym kraju antologia tekstów, które w tytule zostaną mianowane „postmodernistycznymi”, nie może w niej zabraknąć tej stroniczki; gdzieś między przepisowymi Foksem i Sosnowskim będzie opalizowała ta metafora o nieostrych granicach, o której myślę ostatnio tak często, że aż mnie to dziwi, ostatnio w restauracji „Sphinx”, gdzie znów mnie wykiwano, podając wielką szarmę zamiast małej, ponieważ nie zaznaczyłem, że ma być mała…
Nieco się uniosłem, ale i w uniesieniu kończyłem czytać; pamiętam, że nagle zechciałem zrobić coś ze swoim losem, wstać i jechać (jechałem), ale dalej, dokąd? A teraz to się powtarza, siedzę w pokoju, jest wieczór, czas idzie po smyczkach Scelsiego. Mam jeszcze dziesięć milionów dolarów.
r
(Czytaj dalej…)
Tomasz Szewczyk
29.03.07
Tato z mamą poganiają, jest głęboka noc. Pakujemy się do kolosalnego poloneza trucka, z tyłu drewniane ściany, jakieś toporne, ciężkie, grubo ciosane. Kabina kierowcy wielkością wnętrza dorównuje co najmniej autobusowej. Z siostrą wbijamy do tyłu. Jako, że z przodu nie ma jednego siedzenia, mama jedzie na torbach, walizkach, śpiworach. Podciągam nogi do góry i przesuwam klamoty, żeby było jej wygodniej. Obraca się do mnie, patrzy mi w oczy, posyłam jej całusa, uśmiecha się. Przednia szyba jest zadziwiająco wąska — przypomina prostokątny wizjer w czołgu. Coś tam widać, niewiele. Siostra mówi tacie, że czuje się, jakbyśmy pisali doktorat. Mnie łapie strach, widzę wyraźnie na wąskiej drodze trzy zagradzające ją, spore plecaki. Ojciec odbija szybko w lewo, tam, gdzie kończy się krawędź urwiska. Po kilku sekundach niepewności wraca spokój — za horyzontem krawędzi była dalsza droga. Potem przejeżdżamy koło kościelno-targowych kompleksów w Licheniu. Jest wcześnie rano, mgły. Pośród kiosków i stoisk widzę księdza rozpalającego kiełbaski na grillu. Mam deja vu. Jechaliśmy tędy z ojcem — parę dni temu? parę godzin? Śpiewam siostrze kawałek Tymańskiego: „Tajna baza atomowa pod bazyliką w Licheniu”.
(Czytaj dalej…)
Bogusław Duch
***
Ale Ty w ogóle nie jesteś czuła,
jak inne czujące dziewczyny.
Lodowata miętowa pastylka
na przemian z oglądaniem
nastolatkowej opaski
(białej, z napisem Dove)
na Twojej głowie.
Może to wolnorynkowy Duch św.
Brakuje mi popkultury,
chcę oddychać klimatami zen-burdel
mama wszechświata & malinowa guma do
żucia.
Zobaczmy niebieskiego
metalowego psa.
11.12.97
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Niebawem na skutek mego przyodziewania się w skrzydełka, usunięto mnie z Koła Młodych Pisarzy i odebrano skromne stypendium. Na znak protestu usiadłem pod siedzibą Związku Literatów w Krakowie w sporządzonych przez siebie bardzo malowniczych i na sposób teatralny wystylizowanych łachmanach. Jedną nogę miałem grubo okutaną aż do kolana bandażem, dziadowski kostur oparłem o ścianę szacownego gmachu, przy boku położyłem uschnięty chleb i maszynopis mojej powieści, a na chodnik wysunąłem żebraczy kapelusz o bardzo postrzępionym rondzie. Na piersi zawiesiłem na konopnym sznurze tablicę z napisem: „Jestem pisarzem” [...]
– niestety, nie wiemy, co się stało z uschniętym bochnem, który leżał obok Niemczyka. Znane są natomiast losy maszynopisu powieści — napisana w 1968 roku, staraniem przyjaciółki autora, Anki Ptaszkowskiej, została wydana we Francji (1999, tłum. Jan Burko), a w Polsce, po prawie 40 latach działalności raczej akwizycyjnej i wydawniczego pinballu, wypada z rękawa dopiero teraz. Co o tym myśleć? Co to znaczy? Na spotkaniu promocyjnym widziałem slajdy z Niemczykiem, paradującym z gołą dupą po krakowskich ulicach. Pod ekranem wypowiadał się prof. Jerzy Jarzębski. Naprawdę nie wiem.
[naprawdę nie wie, zapalają się światła, na proscenium wjeżdżają makiety Witkacego i Gombrowicza, z szumiącego w rogu radia daje się posłyszeć fragment telewizyjnej debaty:]
Tak, niewątpliwie. Zdecydowanie dla tych, którzy przez długi czas kładli się spać wcześnie.
tsz
(Czytaj dalej…)
Szczepan Kopyt
Góra od patrzenia nie robi się mniejsza. Ktoś to powiedział, ktoś inny zapamiętał pi razy drzwi, a teraz nie wie, jak i gdzie sprawdzić. Nowe wiersze Szczepana Kopyta, wróciwszy chyłkiem po własnych śladach, zdają się prowadzić ze sobą sprawę od początku. Żaden to jednak powrót i żaden początek, jeśli do domu wpada się po to tylko, żeby zrzucić graty; szeroka, bezpańska percepcja tych tekstów, choć dalej głodna, prócz rodzinnych obiadów odmawia tym razem także kebabu. I to w jak najbardziej społecznym geście! Państwo przecież doskonale wiedzą, że Huxley nie żyje; że Houellebecq ma się wcale wcale.
tsz
(Czytaj dalej…)