Vratislav Effenberger — „Polowanie na czarnego rekina”
Cyc Gada
Długie i uginające się pod ciężarem obrazów frazy V. Effenbergera radzę smakować w małych dawkach, w oczekiwaniu na pojawiające się od czasu do czasu pęcherzyki poetyckiej rewelacji („…revelatio czyli ‘odsłonięcie’…”). Lektura bardziej frontalna okazać się może przedsięwzięciem naprawdę wymagającym, a to za sprawą równania „nowy wers = nowy obraz”, które zdaje się przyświecać tej poezji. Reverdy, również wprawiający nas w „półsen asocjatywnej medytacji”, jak o poezji Effenbergera wyraził się M. Nápravník, wydaje się być nie na miejscu, tak jest ascetyczny; przychodzą tu na myśl raczej mięsiste narracje spod znaku poetów latynoamerykańskich czy… J. Ashbery’ego („…idiom Flow Chart…”). Ale od swoich malarskich pobratymców jest Effenberger o wiele silniej zakorzeniony w sytuacji politycznej i społecznej swojego kraju: autor ponad trzydziestu tomów poetyckich, czołowa postać powojennego ruchu surrealistycznego w Czechach, teoretyk i kontynuator dzieła K. Teigego, wydał w oficjalnym obiegu tylko jeden tom wierszy. Być może inaczej być nie mogło („…o jedenastej wieczór Praga jest wyludniona…”).
r
Kra z napisem „TAK”
Cyc Gada
„Gdyby wiersze miały drzwi. Antologia młodszej poezji czeskiej ostatnich lat”
Cyc Gada
Propozycja godna uwagi: antologia 11 współczesnych poetów czeskich urodzonych w latach 60. i 70. XX w. Świetna okazja do naniesienia kilku nowych punktów orientacyjnych na mapie poezji naszych południowych sąsiadów, którą z poświęceniem przybliżali w ostatnich latach Leszek Engelking, Zbigniew Machej czy nieżyjący już Józef Waczków. Tym razem otrzymujemy kolekcję przekładów w wykonaniu rówieśników prezentowanych poetów oraz posłowie omawiające linie rozwojowe czeskiej poezji w latach 80. i 90. ubiegłego stulecia. Nasz (pozdrawiamy — przyp. red.) wybór przyrządziliśmy wg receptury: „jeden wiersz każdego poety, ale raczej krótki” kierując się smakiem indywidualnym, bo niby czyim. Od rozprzężonego surrealizmu K.J. Čapka i villonowskiego undergroundu J.H. Krchovskiego po kondensacje P. Motýla i uważny liryzm P. Kolmački: panie i panowie, jedenastka na boisku.
r
Uwaga Czesi
Cyc Gada

Prezentacje książek, rozmowy i zapadające w pamięć linijki — już w najbliższych tygodniach, tutaj.
Przejaśnia się
Łukasz Jarosz
Wizyta
„Żeby skoczyć trzeba się rozciągnąć.
Żeby przeżyć trzeba się skulić.”
oraz: „Tabletki wrzuciłem do muszli.”
W końcu wychodzę. Obok przeszklonej
stołówki robotnicy po skończonej pracy
opłukują betoniarkę i kielnie. Nad sanatorium
przejaśnia się. Psy obwąchują sobie genitalia.
„Znów zaczyna się to cowieczorne człapanie do łazienki.”
„Gdybyś mógł mnie wtedy zobaczyć.”
Ty patrz
Rafał Wawrzyńczyk
(…)
(…)
na Ukrainie
z włóczęgą Andrijem
(wikarym Andrijem?)
patrzymy
na pola
jak ziemia połyskuje
jak rzeka
„Ty patrz tam:
kamień”
Joan Brossa — „62 wiersze”
Cyc Gada

Pamiętam, że gdy byłem mniejszy, to jako pomiarowy pojechałem z ojcem i jego trupą na wymianę osnowy w okolice Sz.
Idąc tak od kamienia do kamienia około południa znaleźliśmy się w końcu na torfowisku, gdzie też miał być kamień.
Jest kamień.
Kamień, lecz nie mogliśmy rozstawić nad nim teodolitu, dlatego że najmniejszy krok poruszał urządzeniem i wiadomo. Byłem najlżejszy, więc postanowiono, że ja przy nim stanę. Jak oni ten, to ja ten, potem ten i już — łatwizna.
Dumny z powierzonego mu zadania stanąłem sztywno. Zapomniałem po co jestem i jąłem się bawić: kilkoma stąpnięciami przemieszczałem w sobie środek ciężkości, pęcherzyk libelli wymykał się z okręgu na szybce, po czym wracałem do poprzedniej pozycji… „To jest czułe — myślałem i nie wiedziałem jak co; wtedy i przez długie lata. Po lekturze tomu Brossy wiem jak co, jak wiersz.
pj
Stopy. Srebrny medalik.
Maciej Gierszewski
Stopy
Nie uwierzysz, mówię ci tak: w godzinie szczytu, gdzieś na Śląsku, jechałem autobusem podmiejskim numer 47, na przystanku przy kopalni RYMER wsiedli młodzi górnicy. Byli po szychcie, zmęczeni, brudni, przepoceni, wszyscy w takich samych flanelowych koszulach w zieloną kratę. Pewnie pracowali na przodku, bo pył węgielny mieli na powiekach i w kącikach oczu, jakby specjalnie się umalowali, jakby specjalnie dla ciebie mieli zrobiony ten naturalny makijaż. Czytałem właśnie księgę seksu, która nie chce być księgą seksu, pomyślałem, że chciałbym byś tę książkę przeczytał, a po wierszu ze strony 52 pomyślałem, że chciałbym ci tę książkę dać (dlatego, gdy tylko wróciłem do Poznania, ci ją sprezentowałem). Kilka przystanków dalej, chłopiec z zespołem Downa, siedzący na przednim pomoście na siedzeniu tuż za kierowcą, odwrócił się do mnie i krzyknął: „Tequila on! Tequila on! On! On!”. Chciałem się gdzieś ukryć, bo młodzi górnicy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, ale na szczęście na następnym przystanku wysiadałem.
Nie uwierzysz, mówię ci tak: w godzinie szczytu, już w Poznaniu, wracałem od Synka tramwajem numer 13, na przystanku przy BAŁTYKU wsiadła dziewczyna, która stanęła obok mnie i, gdy tramwaj skręcał za rondem, złapała mnie za rękę i nie puszczała. Trzymała swoją dłoń w mojej tak długo, że bałem się spojrzeć jej w oczy.
Przypomniało mi się, jak kiedyś powiedziałeś: „Stopy chodzą czerwone i brązowe”, ale to jest już fragment innego opowiadania.
