„Robi miłość ze swoim orłem”
Paryż jest dziwny. Człowiekowi robi się głupio wobec tylu rzeczy. Jest w nim coś. Coś kosmicznego, jak w Bocianie Białym, bocianie z czerwonego dzioba i białej główki podobnym do Kościuszki. Polacy, którzy w Paryżu szukają życia, zachowują się jak bohaterowie wielkiej historii. Ubrani w gesty, bez zębów, zachowują się jakby odpowiadali przed obliczem sądu, mającego rozliczyć ich z heroizmu jakim wykazują się grając w superprodukcji wielkiej natury. Ja też grałem w tym filmie.
Jak już wcześniej wspomniałem kobieta, do której przyjechałem, zostawiła mnie pod monstrualną bułeczką i odjechała. Ta pani była znajomą moich rodziców i była to dość osobliwa znajomość (nie pamiętam czy zdążyłem o niej opowiedzieć, ale z pewnością wrócę do niej jeszcze). Dziwna pani, wyjątkowo paniczna. Mam wrażenie, że wszyscy Polacy są paniczni i dlatego noszą miano Pana albo Pani, chyba, że są dziećmi. Podobno etymologia „pana” wywodzi się od „żupana”, egzotycznego stroju polskiego szlachcica. Podobno najpierw był „gospodin”, potem „pan bobrowy”, a potem, wiadomo, rozległe pole bobu i jego mięsopust prawy. Mnie to nie przekonuje. Dla mnie najpierw był bożek Pan, leśny stwór z fujarką postawioną na baczność, potem była grzybnia Pana i atomowy grzyb ubrany w hawajską koszulę, który, opadając na powierzchnię, ułożył się w kształt Pekinu, potem było brzuszysko niedźwiedzia, a potem w niedźwiedziu pojawił się bożek, nieszczęśliwie zakochany Pan, by w wiaderku ciepłej czekolady wypreparować Polaków.
W każdym razie dochodzę teraz do wniosku, że ta pani, znajoma rodziców, nie była jednak paniczna. Zostawiła mnie pod bułeczką, pośród pogrążonych w mroku cielsk roześmianych grubasów. Kiedy już ocknąłem się (przypominam, że zaślepiony zachwycającym podnieceniem, w pierwszej chwili, nie widziałem jak się rzeczy mają) pomyślałem, że straszne są te wszystkie grubasy, a było ich bardzo dużo. Pani zostawiła mnie bez bagażu i stałem tak w moim mundurku strażaka, strażaka, który nie istniał chyba (to był teatralny kostium). Postanowiłem zlekceważyć niepokój wywołany śmiechem grubasów i bułeczką, postanowiłem, że uruchomię moje zgrabne nóżki, podejdę do bułeczki i dotknę jej skórki.
Kiedy począłem z wyciągniętą dłonią przedzierać się przez grubasów, ci zwrócili swoje nastroszone paluchy w moim kierunku, by mnie uczynić obiektem parówą ogólnego pośmiewiska.
Akcję skojarzyłem z balem w podstawówce, kiedy wpadłem pierwszy raz w trans i oddałem się szalonym wygibasom pod drabinkami naszej sali gimnastycznej. Zostałem wtedy równo wyśmiany i śmiali się ze mnie wszyscy, nawet nauczyciele i przestali dopiero, kiedy ktoś znalazł w kiblu wielkiego balasa. A właściwie ten ktoś nie znalazł tego balasa w toalecie, tylko w gabinecie dyrektorki go zobaczył, bo balas był tak rozległy, że wypełniał całą przestrzeń dzielącą łazienkę z cholernym pokoikiem niziutkiej pani dyrektor. Nie wiem czego ten ktoś szukał w tym pomieszczeniu, nikt nie zwrócił uwagi na to, że osoba ta musiała wejść tam przez okno, bo inaczej nie musiałaby wchodzić do gabinetu żeby ujrzeć balasa ciągnącego się przez cały korytarz. Balas zawinął ogonem i powalił drzwi gabinetu.
(Czytaj dalej…)