„Robiąc miłość ze swoim orłem, Ziggy wsysa się do jego mózgu”
Gąbczasty mrok, który mnie połknął i pozwolił oddalić wszelką myśl i oko od osoby bułeczki, z każdym krokiem był coraz milszy memu nieco sfatygowanemu sercu.
Byłem sam, wolny od odniesień. Nie zastanawiało to gdzie jestem, jak jestem itp.
Po prostu byłem, och, byłem. Chociaż czułem mroczny smak wolności, która ma coś trupiego w sobie, i nawet żadne wspomnienie mnie nie naszło, chociaż czułem się w sobie bardziej niż kiedykolwiek, bo byłem sam, to szedłem, zmierzałem do czegoś, mogłem przecież być i nie musieć, nie miałem poczucia, że muszę, ale musiałem, skoro zmierzałem. Zorientowałem się, że coś nie gra, że nie mogę być całkiem spokojny, że wciąż czegoś chcę, chociaż było tak jak miało być. Kurka, pomyślałem, czego ja chcę, kurka wodna, jeża mordka?! Postanowiłem usiąść, ale nie mogłem, był tylko mrok, żadnego pieńka, kaczki, czy czegoś. Zorientowałem się, że właściwie ja nie stoję stojąc w mroku. Stanie to przecież opieranie stóp o jakieś podłoże, a tam nie było niczego pod spodem, prócz mroku. Tak jakbym stał na wodzie, czy czymś w ten deseń.
Oburzyła mnie ta z pozoru idylliczna sytuacja, zrobiło mi się niedobrze, ale nie wiem gdzie mi się zrobiło, bo nie czułem ciała. Co to za bzdura, pomyślałem, jakiś czyściec? Zawsze uważałem, że czyściec to straszna bzdura i dlatego jakoś się nie przyjął w kulturze współczesnej, która bierze tylko to co fajne. Ten mrok nie był fajny, a przecież mrok jest modny. Tylko kiedy tak sobie trochę bez sensu szedłem przed siebie, mrok nie budził obrzydzenia, więc szedłem dalej, pozbawiony perspektyw.
Miałem ochotę zamienić się w olbrzymią ciężarówkę i rozjechać ten parszywy mrok. Albo przynajmniej wyjechać z jego brzuszyska, przebić się przez zębatą jadaczkę i wyskoczyć mu z gęby na jakiś paryski cmentarz. Ku memu osłupieniu nieokreślona siła tajemna w zawrotnym tempie zrealizowała mój scenariusz. Jako olbrzymia ciężarówka (taka wojskowa radziecka, jaką przewożą dzwony na Syberię) wylądowałem w błocie wśród grobów. Z kabiny kierowcy wysiadłem ja, na rękach moich spał kotek, a za pazuchą strażackiego munduru sterczał bukiet żółtych kwiatków. Kiedy schyliłem się by położyć kwiatki na najbliższym grobie, zgniecionym przez ciężarówkę, którą już najwidoczniej nie byłem, kotek przebudził się i umknął. Poruszony widokiem znikającego między grobami kociego ogona, pobiegłem jego tropem. To mnie uratowało, bo gdy ja przygarbiony szukałem kotka w gęstwinie cmentarzyska, przy ciężarówce zaroiło się od łaknących krwi żandarmów. Dorwali jakiegoś biedaka, który zasnął na grobie Sharon Tate.
Zgubiłem trop kotka, ale smutek nie wchodził w grę, bowiem wyszedłem z cmentarza wprost na gigantyczny podziemny parking, gdzie nie było żadnych samochodów, prócz autobusów. Autobusy raczej nie są samochodami. Autobus to coś pomiędzy olbrzymem przenoszącym ślepych karzełków przez rzekę a spalinową podłogą na kółkach.
(Czytaj dalej…)