Cyc Gada

Władza! Tam gdzie władza wchodzi w gumofilce efektu pojawia się Rumcajs. Ale tylko na terenie Czech. W Polsce zginął największy mąż stanu. Manifest poezji cybernetycznej głosi: Zamiast opisywać — zmieniać. Wbrew internetowej gawędzie, która, rzecz oczywista, ma swoje uroki i inne ciemne moce, manifest ten rejestrowany w zacisznej relacji ja-mój osobisty monitor pojąć się da jako przyjacielski gest. Swoją drogą (wiecie, że przyjaźń wymyślili anarchiści?): cybernetyka to teoria steru? A gdzie teoria kotwicy, kiedy płoną dzieci? Ale abstrahując od internetowego wymiaru garażowej psychodelii, dużo teraz w dużo teraz zależy od światowych teoretyków Gry. Zatrudniają się. Ludzie składają się z rodzin (kto komu płaci?!). Brombox wszedł w oficjalny obieg (dystrybucja: http://www.espace.home.pl/index.php?s=karta&id=1650) książką liryczną, która zwraca uwagę (mniej mnie, więcej uwagi!) na ucho środkowe, które to ucho robi niezłego robota w budowie przestrzeni, a w internecie nie masz przestrzeni, która jest, kiedy wystaje w nią książka. Liryczna. I oddycha. Jak zwierzę.
asz
(Czytaj dalej…)
Tomasz Ososiński
Morgue
I Mały aster
Na stole ułożono trupa dostawcy piwa, wyłowionego z morza.
Ktoś włożył mu między zęby
ciemnego astra w jasnoliliowym kolorze.
Kiedy od strony piersi
spod skóry
długim nożem
wycinałem język i podniebienie, niechcący
musiałem go potrącić, bo ześlizgnął się w leżący
obok mózg.
Ułożyłem mu go w jamie piersiowej,
pośród wełny drzewnej,
gdy go zaszywali.
Z tego wazonu napijesz się do syta!
Odpoczywaj w pokoju,
mały astrze!
II Piękna młodość
Usta dziewczyny, która długo leżała w trzcinie,
wyglądały jak nadgryzione.
Kiedy otwarto jej pierś, przełyk był jak podziurawiony.
W końcu w komorze pod przeponą
znaleziono gniazdo małych szczurów.
Jedno z rodzeństwa było martwe.
Inne żywiły się wątrobą i nerkami,
piły zimną krew i przeżyły
tutaj piękną młodość.
Piękna i szybka była też ich śmierć:
wrzucono je wszystkie do wody.
Ach, jakże te małe mordy piszczały!
(Czytaj dalej…)
MLB
Wystraszone pieniądze wlewają się na rynek opcji
na ropę i wypychają ceny w górę. Ogłasza wymowny
Kassander z zacięciem lirycznym. Panika w derywatach
finansowych na derywaty naftowe. Dalej jest o tym,
że wkrótce popyt ostatecznie oderwie się od podaży
i skończy się świat, który znamy. A te słowa tutaj,
jak miałyby trafić do ciebie, gdyby nie ropa
i świat, który znamy? Czy zdążą to zrobić, zanim skończy się
jedno i drugie? Jestem gotów wymyślić kilka nowych liter,
jak biskup Ulfilas na misji wśród Wizygotów
w czwartym wieku n.e. na terenach dzisiejszej Bułgarii (!)
Interesująca Bułgario, co chwila wstępowały na ciebie nowe ludy
i od nowa trzeba było wymyślać nowe litery na oddanie
odgłosów, mających się nijak do świata, któryśmy znali.
Ale czy to wystarczy? Opiewałbym cię najbardziej zagorzałymi
z chrząknięć, jestem gotów w ekstazie wydawać piski
jak Dale Bozzio z zespołu Missing Persons w słynnym
biustonoszu zmajstrowanym z dwóch misek na sałatkę,
przezroczystych, ma się rozumieć, a jednak wyłożonych cynfolią,
nie wiadomo, żeby podtrzymać konwencję sci-fi, czy w hołdzie
dla hipokryzji, obowiązującej w świecie, który znamy.
Cyc Gada

Entuzjastycznie podszedłem do debiutu Marcina Czerkasowa, znajdując w nim godne rozwinięcie pewnego eleganckiego szczepu ashberyzmu, uprawianego ze znakomitym skutkiem na polskim poletku poetyckim przez Jacka Gutorowa i podejmującego umiarkowanie zachowawczy stevensowski rys w mgławicowo różnorodnej twórczości autora The Tennis Court Oath. Pewna przesadna stylizacja powyższego zdania, włączając w to incydentalny aliteracyjny pace, to, wierzcie mi, doprawdy małe miki w porównaniu do hiperstylizacyjnego przepychu, z jakim Czerkasow woduje swoje flagowe okręty, z dala od kolebki ruchu, palących opony stoczniowców i brukselskich niszczarek rządowych gwarancji. Z dala, na dobrą sprawę, od wszystkiego, a na pewno wszystkiego znanego, licząc elementy ruchu rousselowskiej roulette z empatią międzygwiezdnych kalkulatorów w powieściach Lema. I kiedy tak stocznie wroga ruszają na wschód, promy suną po dziewiętnastej, szkuner wypada z pękniętej flaszeczki, stateczki dowcipnie krzyżują kursy, drobiazgowo eksplodując, i cała ta nieobliczalna spaghetti-marynistyka w polskiej poezji współczesnej ma się całkiem nieźle, Czerkasow z nieludzkim wdziękiem zagłębia się w widmowej buchalterii swych wierszy, a mnie przychodzi z zakłopotaniem wyznać, iż lektura Fałszywych zaproszeń sprawia dojmujące wrażenie uczestnictwa w karambolu, o intensywności dostępnej chyba tylko rzeczoznawcom PZU.
Droga czytelniczko, i ty drogi czytelniku, potraktujcie proszę niniejszy wybór jako próbę zatarcia tego dwuznacznego wrażenia.
tg
(Czytaj dalej…)
Grzegorz Kielawski
Niniejsze wiersze, które można by nazwać nowatorskimi, przefiltrowałem przez tak zwane translatory. Zabieg ten brzmi jak próba banalnej awangardyzacji, niemniej efekt może wzbudzać zainteresowanie z kilku względów, jak np. nieprzewidywalne zatarcie tekstu wyjściowego i narodziny niespodziewanych znaczeń (które nie są przypadkowe, lecz stanowią konsekwencję zaprogramowania translatorów pod kątem języków docelowych — metaforą tego rodzaju tłumaczenia byłoby bezwzględne przecedzanie tekstu przez sitko języka docelowego). Znajomość tekstu wyjściowego umożliwia ponadto odnalezienie w przefiltrowanej wersji pierwotnego sensu. Co więcej: można odnieść wrażenie, iż pozbawiony gorsetu tradycyjnego tłumaczenia tekst docelowy emanuje pokrętną, absurdalną, wymykającą się uchwyceniu treścią (bądź jej zachwianiem). Nie bez powodu wybrałem przyjazne dla generowania i zachwiania treści środowisko: wiersz. Filtracja niniejszych wierszy tworzy coś w rodzaju ironii czystego języka, o którym marzył Walter Benjamin. Wiadomo, że taka argumentacja może brzmieć nieprzekonująco. Wtedy wiersze ratuje jedno: są zabawne — chyba.
gk
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Paweł Kozioł
język deklaratywny
jest opis, w którym słowo „to” jest czasownikiem
(to opis, w którym to „to” to czasownik).
„to to to” jest zupełnie dobrym polskim zdaniem.
„jest” w poprzedniej linijce też można właściwie
zastąpić. i przez równie solidne ontologie
wikła się w powtarzanki: „ja to to”
bądź „to to ja”. to jakość zależy wprost od liczby
użytych elementów. reguł postępowania.
reguła druga mówi, że wiersz jest redukcją.
zestaw je naraz i uszanuj. to to.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Lutosławski jako Duch jest dla mnie nieuchwytny, i nawet opublikowane właśnie Zapiski, czyli wierne odtworzenie treści przechowywanego w zbiorach Fundacji Paula Sachera w Bazylei zeszytu z jego odręcznymi notatkami, niewiele tu pomagają, a nawet wprowadzają jeszcze większe ciemności. Są one (zapiski) czymś w rodzaju szkicownika planowanych utworów, a w drugiej części — odczytów, które tu czy tam miał Lutosławski wygłosić; najwięcej miejsca zajmują jednak zapisy będące „upewnianiem się” kompozytora w obranej drodze (twórczej) i klarujące, często niejednokrotnie, jego stanowisko w najważniejszych dlań kwestiach („Ludzie typu Bouleza robią b. niebezpieczny błąd: angażują się w «dialog z historią muzyki». Wynikiem tego jest sytuacja (…)”). „To jest moje, to nie jest moje”, ten nieustannie powtarzany gest rozgraniczenia zaczyna od pewnego momentu wyglądać już nie na intuicyjne wytyczanie ścieżki, co posuwanie się do przodu wzdłuż liny, którą trzyma się w dłoniach: jest to może nieco wygodniejsze, ale i tak nie wiadomo, co czeka na drugim końcu. Wyobrażam sobie, że droga prowadzi w dół, z dna jaskini dobiega „nasza” muzyka — właśnie przyszło mi do głowy, że Podróż do wnętrza ziemi można czytać jako tzw. wielką metaforę — ale kto tam gra? Na zachętę do książki nie dołączono płyty.
r
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
Hipnoza
„Byłem dziś w kilku miejscach. Obok garażu
wpadłem w nić pajęczą
i pewnie zaskamlało
jakieś koło
albo drzewo.
To czyste szaleństwo
ciągle patrzeć pod nogi.
Przesadziliście z tym przeznaczeniem;
z ust waszych kariatyd w lustrze
nie wymknie się więcej ptaszyna w piórkach nie-ja.
Albo weźmy taki film,
albo wymyślmy:
przyczyny biorą skutki na hol,
ale kiedy jeden bohater mówi do innego:
«Powinieneś był wiedzieć!»,
zatroskany jest raczej o barwę głosu.
Przyjrzymy się tej prawdzie na przykładzie pism papieskich,
nie owijają w bawełnę:
dobra doczesne są wspólne
(inaczej niż u zwierząt, którym tutaj
nie możemy oddać głosu).
Jeżeli nadal się wahacie
itd.”
(Czytaj dalej…)
Tomasz Pułka
Miałem się dostać na dramaturgię na PWST, bo tak postanowiłem i już polonistykę lekko rzucałem, a siedziałem na półtora miesiąca przed terminem złożenia teczki i przeglądałem Strindberga. Wczoraj obtarły mnie paskudnie klapki, które poleciłem kupić Magdzie, gdyż sam musiałem wrócić do domu rodzinnego, by pożyczyć od matki pieniądze na wyjazd do Poznania, który to wyjazd się w końcu nie odbył, bowiem ojciec — przez zbyt wysoki rachunek — polecił mi zostawienie telefonu. Wróciwszy do Krakowa kupiłem zestaw startowy do prowadzenia telefonu na kartę i przystanąłem na przystanku, by pojechać do Magdy. No i tak wyszło, że Magda ze swoją matką jechały w tramwaju w który postanowiłem wsiąść. Zabrałem jej matce torby z zakupami (w tym z moimi klapkami) i, opowiedziawszy Magdzie całą historię z nieudaną wizytą u Adama Grzelca, wstąpiwszy na szklankę coli, znalazłszy nieużywany przez nikogo z rodziny Magdy telefon i przeglądnięciu wybranej przez nią tego dnia oferty wakacji wyszedłem na przystanek i czekałem na autobus. Jednakże, już w przestronnym wnętrzu 128-ki uświadomiłem sobie, że skończyły mi się papierosy i nawet tytoniu nie mam w mieszkaniu; to zadzwoniłem do Magdy z zapytaniem do której jest Galeria Kazimierz czynna (22:00), wysiadłem przy Grzegórzeckim i pobiegłem do supermarketu. Biegnąc przypomniałem sobie, że nie mam pieniędzy, ale i natychmiast przyszła kojąca świadomość, że na karcie mam jeszcze jakieś czterdzieści złotych. Tytoniu paczkowanego nie było, więc kupiłem sobie papierosy i butelkę wina Sophia, nie przeczuwając nawet, że dwa dni później
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Jak to z grubsza robił Karel Michal (właśc. Pavel Buksa)? Są lata 50-60 i powiedzmy, że na ulicy stoi Škoda 1201, a autor wsadza do niej swoje wyobrażenia mieszczan, imających się jasno określonych zawodów i poglądów. Za paliwo służy mięso zdrowego rozsądku ad absurdum, skłonność do karykatury i mocno Haškowy humor. Za kluczyk przekręcany w stacyjce — jakiś gruby, metafizyczny skandal, Biała Dama czy pierścień, który przemienia właściciela w niedźwiedzia. Te krótkie groteski próbują więc czegoś, co nazwałbym podwójnym przerysowaniem: gruszki zerwane z wierzby są serwowane jako „zwyczajne”, a bohaterowie Straszydeł donoszą je nam na płaskim, coraz to bardziej płaskim talerzu. Co nie takie znów błahe, książce udało się wytracić z czasem impet aluzyjności — wszelkie cechy satyry na „niedomogi epoki” mocno się zuniwersalizowały, i dziś czujemy już tylko ich lekkie pacnięcia.
tsz
(Czytaj dalej…)