„Robiąc miłość ze swoim orłem, Ziggy wsysa się do jego mózgu”
Nie wiem czy to jest uczucie. Nie wiem, może to miłość. Po raz pierwszy zostałem nawiedzony na klęczkach, na szczycie. Potem kilkakrotnie w różnych sytuacjach odbierałem pewne tego typu sygnały. Różnie to wyglądało, ale zawsze mniej lub bardziej sugerowało pewien fakt. Kiedy buntownicy porwali mnie z tramwaju i zabrali do samochodu udającego tramwaj, to był kolejny odcinek serialu rozpoczętego na skalnym siodle.
Lubiłem w tamtych czasach, towarzyszących spotkaniu z wierszem, powtarzać: teoria jest formą obrony przed życiem. Kiedyś odwiedziłem tatę w pracy, próbowałem przekrzyczeć muzykę maszyn i powiedzieć mu, co się ze mną dzieje. Papa stwierdził, że pierniczę. Wtedy ja głosem chłopca, który nie rozumie, że rodziców nie stać na skonstruowanie wymarzonego robota, zapiszczałem: czyli wszystko co myślę i czuję to piernik? Tata wiedział, że chcę zostać śmieciem, by nikt ode mnie niczego nie chciał; złościło go to moje świństwo.
Jak już wspominałem buntownicy przyszli, by namówić mnie bym zaciukał nadzorcę ekipy sprzątającej w pięciogwiazdkowym hotelu. I tu pojawia się zjawisko, nazwane przez kogoś tam „trwogą Abrahama”. Buntownicy przyszli do mnie tylko teoretycznie, w ogóle wtedy dużo się działo tylko teoretycznie. Taki wiek. To co było między mną a innymi było niepewne, moja wiedza była niepewna, pamięć niepewna, dotyk teoretyczny. Ogólne poczucie, że jestem zwykły jak biały ser, nie pozwalało mi przyjąć tego, co przyszło do mnie na górze, tego, co bełkotali podnieceni buntownicy.
No i w tym miejscu mogę chyba już przejść do kwestii treści znaku, tropu, który za sprawą góry, za pośrednictwem zupełnie bzdurnych buntowników, pragnie mnie pociągnąć w jakimś kierunku, tak samo widmowym i ryzykownym, jak inne możliwe kierunki, ale przy tym wymagającym bardzo poważnego potraktowania mego istnienia, a ja, szczerze mówiąc, wolę luz od powagi istnienia. Tak więc dotknięty górą przez kolana i namawiany na zabójstwo przez buntowników, poczułem gilgoczące światło. To było coś w rodzaju iluminacji, gorejąca istota rzeczy przemówiła do mnie chórem świetlistych warchlaków. Powiedziała: chrum chrum.
Nie! Powiedziała: „Pamiętasz to uczucie z kołyski, kiedy byłeś golaskiem bobaskiem?
Cały świat był dla ciebie. Wiesz, ty możesz wziąć się, wyjść i wejść w abstrakt nieskończoności. Ty możesz być szamanem chmur i sobie stać się chmurą nagle. Wyobraź sobie, że jesteś w białej głowie bociana i lecisz, widzisz policjantów. Policjanci stoją w swych fluorescencyjnych kubrakach ponad ławką w krzakach i spisują chłopaczka. Ten chłopiec widział śmierć w głąbie kalafiora i ty to wiesz, a on nie. Ej, ty możesz widzieć różne rzeczy, Indian w chodnikach, górników wydobywających jądro planety na wierzch. Ty jesteś taki Picasso, twoja obecność jest teraz najważniejsza. Jeżeli jakiś siurek swym wulgarnym istnieniem odwraca uwagę od piękna tego świata, to oczywiście nie jego wina, bo jego obleśne życie to różne zbiegi okoliczności, różne zderzenia płyt tektonicznych ludu, ale, kurczę, ty możesz sprzątnąć takiego siusiaka, bo akurat w twoim przypadku to świat zależy od ciebie, a nie ty od świata. Pamiętaj, jesteś gość, a nie jakieś maleństwo”.
(Czytaj dalej…)