Fotoplastikon
Jacek Dehnel

Niecąc pysznym diademem rubinowe błyski
Najważniejsze jest oczywiście co innego: ani goły cyc, ani spojrzenie famfatalne, pełne wzgardy, ani makabreska czarnobiałej krwi na czarnobiałym pniaku, ale światło. To o nie chodzi facecikowi, który, zakasawszy rękawy kitla, miota się po pracowni, ustawia rekwizyty, instruuje fotografa, sprawdza czy przyniesiono różę z kwiaciarni, i wreszcie wysyła pomocnika do dozorcy, który zgodził się robić za ciało Jana.
„Już?” pyta dozorca od progu. Ściąga bluzę, przyglądając się uważnie wszystkiemu: sztaludze, kasetom z farbami, wielkim rulonom płótna, a najbardziej: rosłej dziewczynie z piekarni, która zgodziła się pozować jako Salome; na razie, okryta pledem, siedzi na jakimś poplamionym farbą stołku i pali papierosa.
Kiedy wstaje, jemu każą się położyć z głową wciśniętą za piecyk, o tej porze roku zupełnie zimny; nie widzi więc ani odsłoniętego cyca, ani szerokiej pupy pod muślinową halką. Stanęła, wyprostowana, tacę, pożyczoną od sąsiadów, oparła na biodrze i próbuje utrzymać leżącą na niej sporą główkę kapusty. „Z odrazą, patrz na głowę z odrazą przemieszaną z miłością, chuć, chuć” — mamroce facecik, przyglądając się światłu. A ono wnika przez wysokie okna i otula ją całą: kładzie się na mlecznoróżowej skórze, włosach, diademie z dewizki od zegarka, bransoletach z cynfolii, brudnawej halce, tureckich bamboszach. Na płatkach róży, trzymanej w odchylonej dłoni. „Teraz” — syczy, w chwilę później syczy magnezja.
Kiedy pozwalają wreszcie dozorcy podnieść głowę, dziewczyna z piekarni jest znów okryta pledem, zrywa z rąk cynfoliowe bransolety i ściąga z włosów dewizkę z austriackich krajcarów. Na tacy państwa Schmidt leży kapusta i róża. Dozorca wkłada bluzę, dostaje monetę i wychodzi; będzie mu wolno przyjść tutaj za miesiąc, kiedy obraz będzie gotowy, dopiero wtedy się dowie jakie piękno mu umknęło, kiedy leżał z głową przytuloną do zimnej powierzchni żeliwnego piecyka.








