
Tom ukazał się w roku 1965, tym samym, w którym został wydany zbiór esejów Gra znaczeń. I w pewnym sensie te dwie książki to naczynia połączone, bo też ich autor był jednym z tych poetów, u których refleksja teoretyczna w dość bezpośredni sposób przesącza się do wierszy. Chyba każdy, kto zdał sobie kiedyś sprawę, że zagadkowy, nurtujący go tekst jest w gruncie rzeczy dość prostą realizacją, czy wręcz parafrazą, tez wyłożonych zupełnie wprost w jakimś innym tekście, wie, że tego rodzaju odkrycia nie należą do przyjemności. U Wirpszy niestety tak bywa (patrz np. wiersz Ars poetica), na szczęście — nie za często. Tak czy inaczej, zebrane w tej książce wiersze, na pierwszy rzut oka dość zamknięte w sobie, otwierają się nieco po lekturze esejów.
Książka jest w znacznej mierze autotematyczna, a najlepszym przykładem jest utwór tytułowy (patrz niżej). Najlepszym, bo nieoczywistym, i wprowadzającym pewien ważny wymiar, który łatwo, jak się zdaje, przeoczyć, myśląc o pisaniu Wirpszy w kategoriach naiwnie rozumianego ludycznego estetyzmu. Bo jeśli mamy tu do czynienia z jakąś wieżą z kości słoniowej, to czy nie służy ona w tym wypadku do tego, żeby skakać z niej na bungee? No dobrze, wieża i bungee to może przesada, lepiej by było pewnie mówić o jakiejś podniebnej karuzeli niespełniającej norm bezpieczeństwa. Byłaby to zupełnie, ale to zupełnie inna karuzela niż ta opisana kiedyś przez Czesława Miłosza.
Wiąże się z tym cały niejednoznaczny, a wałkowany przez autora Faetona w różnych miejscach wątek gry i zabawy. O tym, że zabawa nie jest czymś niepoważnym, wie każdy, kto przeczytał Homo ludens Huizingi (w tłumaczeniu wiadomego poety). W Drugim oporze trafiłem przed chwilą na niedostrzeżony dotąd (być może tylko przeze mnie) przyczynek do zagadnienia. Motto poematu Skóra głosi: „Wszystkie rzeczy są pełne zabaw, a człowiek nie może ich wymówić”. Jeśli podpis (wskazujący, że to Eklezjastes 1.8) wzbudzi nasze podejrzenia i zechcemy go zweryfikować, okaże się, że to cytat przytoczony za Biblią Gdańską. Porównanie z innymi przekładami jest dość pouczające, jeśli chodzi o znaczenie słowa „zabawa”.
Skóra to zresztą pierwszy w dorobku Wirpszy utwór należący do gatunku, który stanie się dla niego najbardziej charakterystyczny. Mam oczywiście na myśli rozbudowane, numerowane poematy (powiedzmy, że jest taki gatunek). Celowo zaznaczam, że numerowane, bo moim zdaniem to nie bez znaczenia — to jedno z miejsc, w których przejawia się specyficzna muzyczność tekstów Wirpszy: numerowanie jest tu odliczaniem (rozumianym jako uobecnianie czasu), a podział tekstu na numerowane fragmenty — nadawaniem mu kompozycyjnego rytmu. Tak przynajmniej to widzę, a właśnie w Skórze jest to dość dobrze widoczne, bo z rzeczonym podziałem autor poczyna tu sobie w sposób dość demonstracyjny. W gruncie rzeczy zresztą jest to zjawisko bardzo podobne do tego, które możemy zaobserwować w klauzulach większości jego wierszy. Skóra (poemat w 145 punktach) nie jest może najwybitniejszą przedstawicielką wspomnianego „gatunku”, ale i tak dzieje się tam niemało interesujących rzeczy. Na przykład:
(Czytaj dalej…)