Dominik Bielicki
1
W piątek, chociaż do rozpoczęcia roku akademickiego został jeszcze weekend, Gosia wraca do W obskurnym, niedochodowym pociągiem starając się czytać. Światło w przedziale jest jednak słabe, a druk odbity na wysłużonej xerokopiarce zapuszcza się w blade odcienie szarości i nieraz rozpływa całkiem, a wtedy przed Gosią otwiera się pole do domysłów jałowe jak podmiejski pejzaż za oknami.
Gosia wkłada kartki do torby i po raz któryś z rzędu zastanawia się, co powie promotorowi. Bo to właśnie spotkanie z promotorem kazało jej skrócić pobyt w domu — nie apetyt na życia w W, nie nawet tęsknota za Marcinem, którego w W trzyma praca.
Gdyby przynajmniej coś przez wakacje zrobiła, gdyby posunęła się chociaż o milimetr, znalazłaby teraz dość siły, by to spotkanie przełożyć jednym gładkim mailem. Ale tak… Czuje, że musi pójść, nawet z pustymi rękami, do tego starszego i całkiem przecież miłego profesora, że musi mu coś wyjaśnić, a już najlepiej, gdyby to on jej coś wyjaśnił.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

1. W jednej z przypowieści Zdenka Smetany Żwirek i Muchomorek znajdują w lesie skrzypce, mówiąc zaś bez ogródek: włażą na skrzypce. Kto nie potrafi na nich grać, a spróbuje, zaczyna się wiercić w dybach skrzypiec, to znaczy tańczyć… Żwirek odparza stopy.
Skrzypce kończą, wydawałoby się, w potoku, lecz w drzewie Ż. i M. pojawia się Konik Polny. To jego skrzypce.
Skrzypce ma teraz Wodnik.
Jak je odzyskać?
Ż. i M. przyduszają się ciemnym głazem, Wodnik udręczony skrzypcami zrzuca je z siebie w końcu i w następstwie tego końca wracają do Konika Polnego (mogłem zniekształcić imiona, fanów bajki przepraszam), na co wdzięczny K.P. pokazuje wybawcom rzemiosło grając coś, co przemienia się w muzyczny motyw serii Smetany.
Motyw uwodzi.
2. Trudność Faetona jest taka, że seria (uwaga: słowo-klucz!) nie wyrabia nowych alegorii czy symboli, ale popija ze starych.
3. Niemniej należy mieć mistrza. W tej knajpie wiszą zdjęcia Skiby, ma on koszulkę z Nowym Jorkiem, który jak wiadomo zbudowali potomkowie Huizingi.
pj
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Leszek Kieniewicz
Whole lotta love
Ile wlezie miłości
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Jest coś takiego jak temat. Temat maila, temat muzyczny, temat ciosu. Tematem jest praca. Może coś będą sprzedawać, ja im pomogę i wystudzi się z tego serdeczna dawka zdrowia (w sensie: moja należność). (w podziemnym przejściu przy dworcu centralnym szukają kogoś w kiosku z odżywkami dla kulturystów; można być w obsłudze stacji benzynowej bliżej Kentucky niż obwisłe frytki) W pracy pogadasz. Pobędziesz. Zajdziesz do toalety. W kabinie jak w cichej wątrobie. Pomyśl o wszystkich warzywach. Pobędziesz, pobądź. Praca to temat, wkład. Klepisko w czad tych wszystkich beczułek, odprysków, że możesz dla przykładu udawać, że nie słyszysz i rozkoszować się każdą sekundą wielkiego słuchu, a możesz nie chodzić na mecze Legii, bo możesz mówić, że realna siła to fabryka jedenastowymiarowych trosk, a człowieka za życia śledzą tylko 4 wymiary. Możesz słuchać Roxette na środku wszechświata, ale popracuj. Praca trzyma. Bo jeżeli kula wody ma czas to niech idzie do pracy. O! Takie fabryki samochodów, one pracują na okrągło. Ile jest fabryk samochodów? Bilion. Jedna śpi, to po drugiej stronie plastra od razu jakaś jej na to pracuje. Gogle, kombinezony. 17 tys. ludzi na obszarze 7 kilometrów kwadratowych głosuje: „tak, on ugryzł mnie w tyłek, a jedna baba to nawet do jedzenia nie wyjęła rąk z mufki”. Codziennie 4 biliardy nowych samochodów. A wiesz jak te nowe samochody wyglądają? Obłe. Jesteś na parkingu, że takie ręce masz przy spodniach? Kiedyś one nieruchawe będą, te samochody wszystkie. Znaczy nie pojadą. Będą tak nieruchome jak dziura na życie. I ludzie przyjdą (przyjdą piechotą, nie statkiem) będą je obchodzić i oglądać. Jak dogorywające znaki. Trafioną meteorytem świnię?
asz
(Czytaj dalej…)
Grzegorz Kielawski
6.
Fot. Grzegorz Kielawski ©
Sam środek lata. Chlapa na kilka krótkich miesięcy zniknęła z prognozy pogody. Marcin, syn Krzyśka, czeka na piłkę, którą zagrał jego najlepszy wówczas kolega. Dwóch emerytów spokojnie opala sobie plecy. Mężczyźni nie mają ze sobą nic wspólnego. Ich twarze są brązowe jak twarze piratów. Na niektórych balkonach kilka kobiet i kilku mężczyzn wiesza pranie. Marzena w siedzibie stacji telewizyjnej przegląda międzynarodowe serwisy meteorologiczne. Redaktor sportowy, który należy do grona nieświadomie nudnych osób, opowiada jej anegdoty piłkarskie. W okresie studiów Marzena nie znała jeszcze żadnego redaktora sportowego i gdy zostawił ją chłopak miała po części rację, że największa nuda zionie od przesiąkniętych wychuchanym intelektualizmem filologów. Nagle przypomina sobie koszmar, w którym odmówiła przepowiedzenia tornada. Śniło jej się, że na kilkanaście sekund przed wejściem na antenę do studia wpada dyrektor i rzuca na biurko najnowszą prognozę. Marzena patrzy na papiery i mówi: nie przepowiem tornada. Dyrektor robi wielkie oczy, redaktor sportowy przełyka ślinę i milczy, Marzena się budzi.
W innej części miasta Krzysiek sprzedał właśnie kilka kontrolerów i sterowników, które idealnie nadają się do systemów monitorowania. Zamyślony rysuje na kartce spirale. Pamiętam, że podobne spirale wprowadzał do zeszytów szkolnych. Nauczyciele mówili wtedy: Rutek, ech Rutek, Rutek (tak Krzysiek ma na nazwisko). W drodze do domu Marcin spotka koleżankę z przygotowań do komunii świętej. Wieczorem pierwszy raz napije się piwa — za poniemieckimi torami, których nasyp snuje się wokół osiedla, następnie przecina pola i pozwala szynom miękko wpaść w zalesiony wąwóz skalny. Marzena weźmie w domu zimny prysznic. W wyniku pierwszego kontaktu z wodą przejdą jej ciarki po plecach.
(Czytaj dalej…)
Cezary Domarus
14
Kiedy wychodzę na brzeg,
ryby rosną wolniej, węże są coraz dłuższe,
a ptaki śpiewają wyższe tony. Nie da się
rozwiązać większości związków, choć
jest w tym sporo świadomej, sytej
przesady. Chcąc (nie chcąc) wpływać
na coś, wypływam z siebie i płynę
na wszelki wypadek wzdłuż linii brzegu,
sześć stóp nad dnem. Żabką.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Filtry to książka rozgadana aż miło, i gdyby nie rysunki Sieńczyka ze swoimi złowieszczymi konfiguracjami obiektów, sylwetek i płaszczyzn, czytałoby się ją niemal bezkolizyjnie, odbierając tak, jak radio odbiera fale, do których się dostroiło. Nie wiem, czy Sieńczyk w ogóle nie wziął tu na siebie roboty, którą wcześniej w Kalipso i Pensum wykonywała masa tekstowych usterek i szumów — wiersze z Filtrów są potoczyste, nie wkładają patyków między własne szprychy, a większości słów (zamiast robienia z nich komnat) używają dla podtrzymania toku wypowiedzi. Co nie ma oczywiście nic wspólnego z zapchajdziurstwem, tylko chyba z najnaturalniejszą dla Wiedemanna konwencją: mówić dziarsko, składnie, z dowcipem, a wszystkie mądre (nieskładne) rzeczy pojawią się wtedy przypadkiem, po drodze, jak mnich w krzakach, dostrzeżony z roweru, a kto zastanowi się, co on tam robi i czy ktoś go tam specjalnie nie postawił, ten z roweru zsiada i zanim zbada sprawę, stwierdza, że musi ten rower jeszcze gdzieś przypiąć, bo tak nie zostawi, wmawiając sobie tym samym, że mogą czaić się tu jakieś łebki, podczas gdy dobrze wie, że jest tu tylko on i mnich. Do myśli, że to właśnie przed mnichem rower zapina, nigdy się nie przyzna.
tsz
(Czytaj dalej…)
Tomasz Pułka
79.
Pracowałam wówczas, w te chłodne dni września, w Ogrodzie Wewnętrznym. Każdego ranka sprawdzałam stan tui, ilość astrów, porządek donic. Osiem godzin pracy, plus półgodzinna przerwa. Gazetka zakładowa. Związek zawodowy. Mieliśmy umowę z dystrybutorem kawy, więc pijałam czarną za osiemdziesiąt groszy, a automat zawsze wylewał poza kubek. Gdzieś zostawiłam kubek, tuż po tym jak wstałam. Teraz chodzę po pokoju, a kubka nie ma. Nie pamiętam, w którym pokoju się obudziłam. Nie wiem, czy pokój w którym jestem, jest pokojem z kubkiem. To trudne piękno, lecz piękno. Pościeram tylko kurze.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Monotonna muzyka myśli („Chmury naładowane muzyką, / Miąższ melodii”), miałem mówić po przeczytaniu „Okoliczności”, które stanowią pendant do wielkiej spirali poematu Faeton, wyznaczając czasokres i myślowe stosunki władzy w latach, kiedy kwieciste dzieci próbowały zawładnąć światem, nieudolnie. Sam Faeton w swoim spiralnym, plecionkowym rytmie, na który składają się wymienne, kolejne, powtarzające się części poematu, wykoleja czytelnika ze znajomej trakcji. Jeśli tematem poematu jest władza, to nie zapewnia ona triumfu, a pęd z jakim Faeton biegnie ku światłu musi zakończyć się katastrofą, co zresztą jest z góry wiadome. Fascynujące jest zakończenie I księgi poematu, długa część pt. „Agregaty”, w której w poetyckiej dialektyce ciepła i mrozu widzimy jak płonne jest przemienienie, ale jednocześnie jak twardymi rządzi się prawami. W istocie cały tom objawia prawodawstwo, moce zarządzające tworzeniem się aspiracji i mechanizm przekraczania kłamstwa początku w kierunku fatalnego zwycięstwa światła.
Piotr Mierzwa
(Czytaj dalej…)
Andrzej Szpindler
„Robiąc miłość ze swoim orłem, Ziggy wsysa się do jego mózgu”
Wiedza. O jejku.
Czym więcej wiemy tym więcej miejsca zajmujemy, tym bardziej jesteśmy?
Wiedza to dla mnie jakaś niewidzialna kiełbasa myśliwska, której pęta, wijąc się jak zjeżdżalnie w wodnym parku, tworzą egzotyczną rybę, przypominającą kształtem głowę nazbyt efektownie ufryzowanej dziewuchy, która jedzie pociągiem na dyskotekę. Nie no. Mam z wiedzą mały problem, bo co zrobić z takim fantem: jest sobie chłopak, nie uczy się w ogóle, nie czyta książek, w ignorancji rozpoznaje wielką moc, dużo gra na komputerze itd.; razu pewnego chłopak wychodzi na plac z podziemnej stacji metra i widzi słup oblepiony plakatami, zwabiony duchem słupa, podchodzi do jednego z plakatów, a na plakacie wisi twarz Becketta, chłopak nie ma pojęcia czyja facjata marszczy mu się przed oczami, ale widzi wyraźnie, że właściciel owej twarzy przebył wszystkie wody, by przykryć życie jednym zdaniem, chłopak zaczyna płakać, w jednej chwili pojmuje wszystko, jakby wynurzył głowę spod wody i jednym haustem połknął pod czaszkę umorusany gwiazdami kosmos?
(Czytaj dalej…)