Sala jest pełna
Maciej Gierszewski
[pierwszy sen marokański]
Wczesny wieczór. Spaceruję po placu Dżemaa el-Fna w Marrakeszu, chodzę między straganami, stoiskami, budami z przyprawami, płytami CD, owocami. Na wystawkach wszystko pięknie poukładane, według kolorów, wielkości, rodzajów. Zmęczony hałasem i mieniącymi się jak w kalejdoskopie barwami, idę w stronę obrzeża placu. Staram się zorientować, którędy mam wyjść, by trafić do hotelu. Obchodzę plac dwa razy, w końcu udaje mi się umiejscowić „moje” wyjście. Na chwilę przystaję obok grupy młodych akrobatów, nie za blisko, bo nie chcę płacić za przyglądanie się ich popisom. Gdzieś z boku słyszę jakieś pokrzykiwania, odwracam się i widzę, jak trzech Berberów w tradycyjnych strojach szarpie się z młodą kobietą. Oni pokrzykują po angielsku: „płać, płać!”, ona nie chce dać im pieniędzy, energicznie kiwa głową w lewo i prawo, gestykuluje, krzyczy. Podchodzę bliżej, jak wiele innych osób. Zaczynam rozumieć, co ona mówi. Mocno zdenerwowana tłumaczy im, że jest tu na zaproszenie rządu marokańskiego, że naruszają immunitet dyplomatyczny. Niestety, nie mówi tego po francusku, ani tym bardziej po arabsku, tylko po portugalsku. Przez chwilę przyglądam się całej sytuacji z wielkim ubawieniem, ale gdy kobieta zaczyna płakać, szukam wzrokiem szefa grupy, który oczywiście nie stoi wśród szarpiących; gdy ustalam, który to, podchodzę do niego. Po rozmowie z nim Berberzy puszczają dziewczynę, popychając ją mocno w moim kierunku, muszę ja objąć, aby się nie przewróciła. Łapię ją za łokieć, mówię: „chodź!” i ciągnę szybko do taksówki. Jedziemy do mojego hotelu. Po jakimś czasie ona się uspokaja i pyta, co im powiedziałem. „Że jesteś kochanką Abasa El Fassi, czyli ich premiera, i że mam cię do niego zaraz zawieść”. Po tym zdaniu dziewczyna wali mnie otwartą dłonią w policzek i chce wysiadać. Chwilę się z nią szamoczę. Udaje mi się zatrzymać ją w taksówce. Przedstawiam się, ona milczy, ale po minucie mówi, że nazywa się tak i siak, że jest Portugalką, że należy do jakiejś komisji historycznej badającej ślady bytności Portugalczyków w tej części Afryki. Jej nazwisko coś mi mówi, po jakimś czasie przypominam sobie: „ty jesteś wnuczką dyktatora Salazara, prawda?”, „tak, co z tego?”, „nie, nic” — odpowiadam.





