Maciej Woźniak
Kilka razy nie spotkałem Adama Wiedemanna. I każdy z tych razów miał większy wpływ na moje życie z nim niż banalny fakt późniejszego zetknięcia się czy rozmowy. Kiedy w 1998 wybraliśmy się z Edytką do Lubina na finał konkursu o Laur Miedzianego Amora (dostał go Marek Baczewski jeszcze pod skromnym, panieńskim nazwiskiem Kowalik), jednym z wydarzeń satelitarnych było spotkanie poetyckie z Wiedemannem (już pod nazwiskiem, które było głośne, jakaś nominacja do NIKE czy coś). Tyle że połączenia kolejowe w drodze powrotnej (o, Kutno, okrutne Kutenko) wymusiły na nas decyzję wcześniejszego wyjazdu, decyzję na tyle bolesną, że poważyłem się na wysłanie do Znanego Poety listu z wyrazami ubolewania nad moją lubińską rejteradą i nad rozkładem jazdy PKP. Już sam adres Wiedemanna wydawał się ekscytujący: ulica Gazowa nie skojarzyła mi się z propanem czy butanem, tylko z gazami szlachetnymi typu neon, świecącymi z daleka, jakoś bardzo na zewnątrz (wiersz „Recital” wieńczy rodzaj pochwały lśniącej zewnętrzności, a przy okazji wyższości wypowiedzianego czy jakkolwiek wyrażonego nad tym drugim: Krew toczy się w ciemnościach jak akcja horroru / Srebrzysta nitka śliny łączy cię ze światem / możesz się tylko starać wykonać ją lepiej). Pierwszy list z odpowiedzią Wiedemanna — adresowany do mnie — nie tylko nadszedł niebawem, ale nawet zawierał wyrazy pasażerskiej solidarności w biedzie i westchnieniach nad poetyką dworca w Kutnie. Drugi list — pośrednio do mnie, bo adresowany do całej ludzkości — został napisany wcześniej, sporo przed Miedzianym Amorem ‘98, ale nie ma rady, już zawsze będzie ewokował najeżoną przesiadkami trasę Lubin — Płock.
(Czytaj dalej…)
Kacper Bartczak
W obronie niczego
Ten rząd ciężarówek na parkingu przy autostradzie chyba wystarczy.
Tamto krzywe drzewo eukaliptusowe chyba też.
Autostrada musi chyba starczyć i samochody i ludzie w drodze w nich.
Teraźniejszość zawsze wychodzi nam naprzeciw, otacza nas.
Ciężko wyobrazić sobie atomy, wyobrazić sobie wodór i tlen, jak się wiążą, ale to musi starczyć.
Niebo poplamione chmurami też musi i ten słup napięcia po lewo.
Jedna linia się zerwała.
(z tomu Some Values of Landscape, Wesleyan 2003)
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Drodzy państwo, zacznijmy może od tego, że wkład Meleckiego Macieja w „ostateczne rozmontowanie” pewnego nobliwego paradygmatu wciąż jeszcze silnie obecnego w polskiej poezji połowy lat dziewięćdziesiątych jest niezaprzeczalny. „Te sprawy” i „Niebezpiecznie blisko” (z nich poczyniłem wypisy) należy czytać jako podręczniki barbarzyńskiej partyzantki, nawet kosztem pominięcia wpisanej w owe tomy deklaracji niepodległości pewnej konkretnej poetyki. Debiut Meleckiego nie należał do niego, nie obdarzył go „głosem”, był raczej emanacją nie dających się już dłużej odwlec decyzji na rzecz radykalnego zawłaszczenia terenu, nad którym radośnie lewitowali p. Czesław z p. Wisławą. Wyraźnie widać, że problem tego poety polega na braku dystynkcji. Z drugiej strony, można dość przewrotnie stwierdzić, że bez Meleckiego nie byłoby niczego w rozumieniu Kononowicza. Aktywność jego późnej poetyki nie przekracza wartości właściwych dla promieniowania tła, a wszelkie „regularności”, „głosy”, także „nowe”, stają się rozróżnialne na tym tle właśnie. Dość osobliwe, prawda? A więc panie i panowie, odłóżmy na bok ciekawość (przede wszystkim ciekawość „głosu”): przed państwem Maciej Melecki.
tg
(Czytaj dalej…)
Dominik Bielicki
Siatkarka
Neon jest zrobiony z poskręcanych rurek, przez które płynie prąd. Rurki są zeszklone na maśle, żeby świeciły na ładny kolor. Prąd ma tysiąc wolt.
Artur wziął synka na Plac Konstytucji, żeby pokazać mu Siatkarkę. Przeczytał w gazecie, że jedna artystka poświęciła honoraria na renowację, no i Siatkarkę przywrócono. Znów odbiera piłkę, piłka przelatuje nad siatką i spada pięć pięter w dół.
Synek trzyma rękę taty, ale dawno już napatrzył się na Siatkarkę. Po placu kręcą się jeszcze jacyś ludzie z balonikiem. Artur w innych okolicznościach też nie miałby ochoty na kontemplację neonu. W wieku synka wystarczyło mu widzieć go od czasu do czasu. Gdyby neon przez ostatnie dwadzieścia lat nie szwankował… Nie świecił się albo świecił częściowo. Leciała nie piłka, a dzbanek, który na dodatek stłukł się już wcześniej. Siatkarce wciąż brakowało kończyn. Wyglądała jak szamoczący się owad.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Gruba rzecz, „Wiersze zebrane 1989-2006”: fizyczny ciężar tej książki nie daje mi spokoju, z Wiedemannem obcowało się jednak poprzez konstrukcje ażurowe, elastyczne, jakby mniej zobowiązujące, również w przypadku prozy, i często wydawało się to zgodne z duchem, władającym tamtymi stroniczkami… Ale w momencie gdy dostajemy do wglądu wielki, niemal „cały” kawał wieloletniej i regularnej aktywności poetyckiej, stężenie ducha robi się potężne, czy może inaczej, na pewno inaczej w tym przypadku: gęściej robi się od poziomów i dróg, którymi duch ten jest w nią wtłaczany. Sprawa poważna, bo duchowi zdjęcia się nie zrobi, a udokumentowanie jego istnienia na piśmie to katorżnicza robota, na dodatek zdana na niełaskę, bo też i ilu ludzi uwierzy w coś, co nie jest obrazem. Tymczasem stosy skóry, które Wiedemann zrzucał z wiersza na wiersz, świadczą najlepiej o jego intensywnej bytności, a bezceremonialność w traktowaniu kolejnych form o nieustępliwej potrzebie parcia do przodu; duch nie zadowala się jednym, trzema, trzydziestoma kawałkami, nie interesuje go wykańczanie ich i stawianie na półce. Mówiąc mniej ezoterycznie, po odpowiedniej dawce czujemy, że dostał nam się szczodry wgląd w specyfikę czyjegoś myślenia, myślenia wierszem, co wydaje się nagle odległe od zwyczajowej degustacji takiego myślenia efektów. Sprzyja temu daleko posunięta mowność i zmienność estetycznej ogniskowej, skłonność do mądrościowych roztrząsań, sprzyjają rzadkie zapędy do sugestywnego unaoczniania (obrazy pojawiają się najczęściej w czymś w rodzaju judasza). Na pewno więc nie poezja czysta, tylko sam fakt jej pisania jako coś czystego, co można rozumieć przede wszystkim jako urwanie wstecznych lusterek we własnym pojeździe i wyzucie z samonamaszczających gestów. U Wiedemanna są to ilości śladowe — przyjemność leży więc po obu stronach.
tsz
(Czytaj dalej…)
Piotr Janicki
***
Nie wiem jak ci
opisac to
co widzialam.
Ryby ponad
rok metra w takich
kolorach tecza
fosforyzujace
niebieskie zolte
fioletowe. Jakis
egipcjanin zawolal
mnie i znalazlam
sie w stadzie
dotykaly mnie
lapaly za palce co
sa oswojone jak
wiewiorki.
Widzialam
plaszczke 70 cm
srednicy cala szara
w wielkim celinaog
granatowymi. A
potem plynelam
przez rafe
koralowa b. Plytka
tak ze zaczepialam
kolanami
zagapiona w cuda
i nagle wychynela
glebina morza na
kilkadzieiat
metrow a w niej
feeria ryb nagle
weszlam w dziki
swiat b. Sie
przestraszylam
szkoda ze cie nie
ma. Kocham
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Naczelnym tematem Grzebalskiego wydaje się strumień życia, który nas omija, niosąc gdzieś daleko — i komuś innemu — „głupstwa, wesołe piosenki” i inne rozkosze życia mniej świadomego, a pozostawiając nas na skalistym lądzie, co do którego coraz to większej nabieramy pewności, że jest to ląd bezludny. Na gesty będące czymś w rodzaju samopokrzepienia w obliczu takich okoliczności natykaliśmy się w twórczości poznańskiego autora nawet nie tak rzadko — dość wspomnieć „potem patrz, po prostu patrz — uważnie i śmiało”, ryt powtórzony zresztą i w nin. książce — jednak tonację Niepiosenek ciężko byłoby już uznać za „budującą”, czy choćby „umiarkowaną”. „Nie chce ci się już notować w autobusie / o piątej nad ranem”, pisze Grzebalski w ostatnich liniach książki i o to mniej więcej tu chodzi: poezja ta nasiąknęła takim poczuciem rezygnacji, że zdaje się ono już nieodwracalne, a sam autor wspomina w internetowym wywiadzie, że coraz bardziej pociągają go „formy gnomiczne” i ruch w kierunku „granicy ciszy”1. Chciałoby się powiedzieć, że popularnie zwany „przezroczystym” język Grzebalskiego również uczestniczy w tym odwrocie i że podróż ku piorunom krótkiej formy prosto z zaplecza przejrzystej dykcji może nie skończyć się dobrze — a jednak pojawiają się w Niepiosenkach miejsca, które pozwalają podejrzewać, że operacja przelewania znaczenia w mniejsze formaty może się zakończyć pomyślnie i interesująco; mam tu na myśli np. wydajne konstrukcje alegoryczne, jakie znajdujemy w zakończeniach wierszy pokazanych poniżej. W dwóch pierwszych trop wykorzystuje „wodę” a oba zakończenia można przeczytać „płasko” i zostać z nastrojową akwarelą w ręku; można przeczytać i „alegorycznie” i poczuć się otoczonym przez przestrzenie, które słabszy poeta nazwałby np. „językiem” i „światem”, odpowiednio. Tak tak, ktoś tu zdecydowanie moczy spławik — który trącamy niniejszym.
r
(Czytaj dalej…)
Kacper Bartczak
Makroetyk
Zszedłem na dół coś na ząb
sobie zrobić Gardło
spłukać Uzupełnić zapas
minerałów Na ścianie
cicha i obiecująca
leciusieńko drżała jedna
gigantyczna kropla
Zebrała w sobie
kurz pigułkę
model oceanu
pocztówkę z pamięci
Naturalny osad
pożywny i zbalansowany
Zatrzymaj to mówię
Nie kompiluj Nie dodawaj
Jeśli to ten przeciek
na który czekałeś poczekaj
aż sam coś powie
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Zapraszamy do najnowszego, podwójnego numeru „Wakatu” (wyd. Staromiejski Dom Kultury w Warszawie), gdzie obok wierszy i próz skomponowanych wysiłkiem własnym znalazły się teksty naszych przyjaciół (MLB, D. Bielicki, M. Domagalski, L. Kieniewicz, P. Mierzwa, prof. J. Z. Oscypek, G. Wróblewski) oraz obszerna rozmowa redakcyjna na temat motoryzacji (w rozmowie padają nazwiska).
Jednocześnie z wielką przyjemnością informujemy, że za przekład Straszydeł na co dzień Karela Michala nagrodę Literatury na Świecie za rok 2008 w kategorii „Nowy Głos” otrzymała Dorota Dobrew, wcześniej znana m.in. z tłumaczeń poezji V. Fischerovej i prozy K. Legátovej. Książkę wydała wrocławska oficyna Atut w ramach serii „Literatura Czeska”, której patronujemy (patrz: http://cycgada.art.pl/?p=733). Gratulujemy!