Tomasz Gerszberg
czas jest białym psem. białym
tego się po nas spodziewano: puszku ulicznego ruchu na marginesie
przykładowych krów. naszej drogi, chromosomicznego U,
które huczało delikatnie.
lekka krzywizna
pracy (fracht)
zachodziła na płaszczyźnie odniesienia, jak ta.
i w budynkach
niczym drapacze chmur zapisanych małymi literami.
które pielęgnowaliśmy.
malowaliśmy pistoletami maszynowymi.
kolor salwy wody w kształcie
ciekłych namorzyn.
i wędrowaliśmy dalej.
o jedno lub dwa złe przeczucia dalej.
pakowaliśmy walizki.
ten profesjonalizm był niemal terroryzmem.
(Czytaj dalej…)
Mieczysław Piotrowski
OSOBY:
Wiktoria — młodsza siostra
Gabriela — starsza siostra
Samuel — ich brat
Zbyszek — mąż Wiktorii
Kwinta — córka Gabrieli
Vice Hrabia, Echo — przyjaciele Samuela
Lekarz
Stary Człowiek
Profesor
AKT I
Duży hall starego domu dość bogato rozbudowanego. Na wprost wysoka ściana, w niej schody i galeryjka u góry. Pod galeryjką, na parterze, drewniane oszalowanie z pionową pośrodku szczeliną wejścia. Tylko w tym miejscu jest trochę światła, chwiejnego odblasku czegoś płonącego poza obrębem hallu.
Galeryjka i schody zakryte są szarym, zwisającym płótnem. Lewa strona hallu, tam gdzie przypuszczalnie jest wejście na werandę, zasłonięta jest białym płótnem.
W szczelinie oszalowania widać fragmenty dwóch łóżek, w których leżą dwaj chorzy. Widoczne są tylko ich głowy. Między poręczami łóżek jest przejście wiodące w ciemność.
Chory z prawej strony jest prawie zupełnie przykryty kocem.
Chory z lewej jest człowiekiem bardzo starym. Leży bokiem, twarzą do widowni.
W przejściu stoi Doktor. W białym kitlu, na nosie ma bardzo grube szkła binokli bez oprawy. Jest uśmiechnięty.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Mieczysław Piotrowski obok tego, że był pisarzem, jak wierzymy, wielkim, wielkim nie jak X czy Y, tylko wielkim, wielkim obok siebie, gdy siedział pisząc, odbierał telefony, płacił rachunki na poczcie i kochał swą piękną żonę, więc oprócz tego wszystkiego (i tego że był pisarzem), był także rysownikiem, a może nawet: przede wszystkim rysownikiem, skoro, jak dowiemy się tego za chwilę1, rysunek był dla niego głównym źródłem utrzymania, kiedy żył i tworzył swoje wielkie powieści (i opowiadania). Nie liczyłem, ile razy słowo „wielki” odmieniane przez przypadki padło w powyższym zdaniu, tu być może użyte przesadnie, na pewno sztuka trzymania piórka i kładzenia kolorów u Piotrowskiego nie miała w sobie nic „wielkiego” czy monumentalnego — przeglądając komentarze w skromnej ilości zaludniające Sieć, natknąłem się na określenie „pajęcza kreska” i jest to coś z czym chciałbym się z ochotą zgodzić, odchylając kciukiem pożółkłe karteluszki i podpatrując „pootwierane”, niedookreślone figury na nich pogubione. Szare uszko to książeczka dla dzieci, dajmy spokój streszczaniu jej fabuły, nie żeby target tego przedsięwzięcia przez przekorę budował w nas nastrój sieriozny jak u Heideggera: podpatrzmy może tylko momenty tego stylu. „Czy jest bezpiecznie?” spytał raz maratończyka dentysta przy pracy. A czy oko gotowe? No to siup.
tg
(Czytaj dalej…)
Dominik Bielicki
Podliczanie doby
Cofa się, znów podchodzi
w nadziei, że tylko nie łapie go
fotokomórka.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Być może najnowsze leksykony odnotowują, że w XX wieku żył i tworzył niejaki Mieczysław Piotrowski; w przewodniku LITERATURA POLSKA z 1985 po PIOTROWSKIM JANIE, pamiętnikarzu z okolic Kościana idzie od razu PIOTROWSKI RUFIN, również pamiętnikarz.
Pytanie „Co to oznacza?” nic sobie nie robi z semiologów i ich znaczących dokonań, na szczęście w powojennej Polsce nie było czasu i na takie pierdoły…
Żeby była jasność: ogromnie cenię szybką, kombinacyjną grę w piłkę nożną na małej przestrzeni (MKS Kaczanowski), jak również tak zwane piłkarskie szachy (SSA Bielicki). To te kilkudziesięciometrowe, bezustanne przerzuty mnie dobijają…
Kiedy przeglądam niniejsze powieścidło (600 stron!), to najchętniej użyłbym określenia „okrutne”, ponieważ za jego pomocą Piotrowski, mający okres pisarskiej świetności dopiero przed sobą, obnaża wszystkie braki prozy (nie tylko) dzisiejszego głównego nurtu. Dużo by pisać o ziejących pustką konceptach stylistycznych czy nijakiej architektonice powieści naszych multimedalistów, zamiast tego proponuję magiczny fragmencik, który nie chce być figurą pomimo swojej Zawartości, a następnie fragment, który w ogóle nic nie chce, a ma wszystko co trzeba, żeby być (i to zarówno na mieście, jak i w kawalerce). Nie, nie chciałem powiedzieć, że ma czym oddychać.
pj
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada
Wszystkich naszych Czytelników informujemy, że w dniu dzisiejszym w redakcji Cyca Gada na trasie tramwaju nr 18 odbyło się uroczyste otwarcie nowej zakładki w spisie autorów. Pełna nazwa zakładki brzmi „Mieczysław Piotrowski” i niniejszym przechodzi w trwałe środki naszego zina oraz do zbiorów dziedzictwa kulturowego, a przez najbliższe tygodnie można korzystać nieodpłatnie z udziału redakcji i jej przyjaciół w przygodach z autorem. Chodzi oczywiście o wlepki, w których obok szkiców, grafik i fragmentów dzieł Mieczysława Piotrowskiego, znajdą Państwo syty — mamy nadzieję — okruch komentarza.
Służba!
Redakcja składa podziękowania pani Irenie Laskowskiej za umożliwienie publikacji fragmentów twórczości męża.
Cyc Gada

Jeśli się nie mylę, Zbigniew Machej określił gdzieś poezję Roberta Rybickiego mianem „surrealistycznej”, lektura Stosu gitar upewniła mnie, że jest to określenie raczej nietrafione, uzasadnione w pewnym stopniu dość oryginalną rekwizytornią tych wierszy, jednak mijające się ze źródłami tego pisania i charakterem wyobraźni je napędzającej. Rybicki jest dla mnie poetą mocno dyskursywnym, czy nawet konceptualnym (por. np. dwa długie wiersze „wyliczeniowe”, przypominające nieco okryty dziwną sławą wiersz Ashbery’ego „o rzekach”), który z rzadka pozwala sobie na rzeczywiście swobodne loty, kiedy to skręcamy w najbardziej mgliste z wyłaniających się uliczek; niezwykłości tej poezji („gałka oczna ze skrzydłami”) są zazwyczaj figurami mającymi dość silne zakorzenienie w „zasadniczym” przebiegu wiersza („oko leci”), i nawet jeśli tak nie jest — od czasu do czasu pojawia się tu jakiś tajemniczy gnom — to funkcjonują one na prawach dziwnej i „robiącej klimat” inkrustacji w dość stabilnym bloku, zaraz zresztą osadzanej w miejscu syreną z metapokładu („obrzydzenie nie jest właściwym Słowem”, „Logiko, w tej frazie trzęś zadkiem”). Już choćby z tego powodu nie mógłbym uznać tego pomysłu na poezję za mój ukochany, zdaję sobie jednak sprawę, że ten kąt natarcia na problemy relacji języka ze światem, logiki z objawieniem, Mózgu z Galaktyką itp. staje się czymś coraz powszechniejszym i — być może — wiodącym do czegoś dosyć nie znanego; w dodatku grunt pod takie architektury nie jest w polszczyźnie zbyt dobrze wykarczowany, bo przychodzący na myśl poprzednicy — Białoszewski, Karpowicz czy Wirpsza — atakowali temat raczej nie frontalnie, a tworząc układy mimo wszystko „chowające” dyskurs, by wspomnieć np. muzyczne sploty Wirpszy, które w zamyśle miały być odbierane raczej „jak fuga”, a nie linearny wywód. Wydaje mi się również, że Stos gitar prezentuje Rybickiego dosyć okrojonego, czułem się trochę tak, jakby z szerokiego pasma wycięto sporo częstotliwości, zostawiając plany techniczny i s-f, co kazało mi zerknąć na nazwisko redaktora, którym okazał się Paweł Kozioł. Książeczka jest naprawdę niedługa, a że wszyscy w Internecie wiedzą, że wiersze wisiały (wiszą?) w pewnym miejscu, przepisuję tym razem tylko jeden.
r
(Czytaj dalej…)
Robert Rybicki
Nerw
utkany ze skondensowanej
chmury, przetchnięty przez
bluszcz dzikich róż; i
oto wstaje twór
wyrwany krajobrazowi.
Jego jedyną cechą
rozpoznawalną
przez zmysły
jest ruch.
(DWA metry wody)
Kiedyś, gdy byłem dzieckiem,
zachwyciłem się
alfabetem greckim.
Zgubiłem się z całą przyjemnością
w Galaktyce przyszłości. A
na obrzeżach organizmu
odliczanie
ciała.
Patrz! Rycerzyca!
To jest ryzyko jazdy –
– gdy prowadzi Inżynier Cham!
Niech zbawi nas Kierowczyni!
I widzę, że coraz bardziej
schylają mi się samogłoski,
mimo że żech nie jest
pniokiym.
(Czytaj dalej…)
Cyc Gada

Nowa książka Tomasza Pułki (czytam z okładki) kojarzy mi się z taką oto plazmową figurą: wygląd myśli: wygląd myśli. Oraz nasuwa mi widzenie: zdjęcie zrobione komórką, na którym niewyraźnie odznacza się napis wstawiony ołówkiem w podświetlaną żarówką biel, a napis ten stara się powiedzieć jedno słowo, „wygląd”. I oczywiście dużo namysłu nad zapuszczonym faktem powiedzianego. A tu wiadomo przecież, że kojarzyć to nie jest najszlachetniejszy okaz winylowej mazi (uważam, że mamy są hiper, że każda książka powinna mieć swoją małpę, małpoluda, goryla lub ew. tukana, że w Polsce każdy przedmiot w odbiorze i w opcji („dodaj komentarz!”) powinien mieć swojego orła, nawet Snoop Dog). No i na moim przykładzie można zauważyć, że niełatwo w domu twarzy o wiernego czytelnika poezji współczesnej (o ile łatwiej o oddanego czytelnika lit. dziecięcej, kiedy dziecko prowadzi do domu, między gałęzie rzepu). Jeżeli w przypadku, którego odmianą jest zwierzę, można powiedzieć, że się hoduje, można też chyba wyrazić zdanie poprzez określenia typu „mój wzajemny czytelnik, jucha, problematyczny oddech, spożywcza metempsychoza”. Montaż, obwarowany teorią osoby, sprzętu, dostarcza się wmieszany w motywacje, jak banda anonimowych odbiorców fizykalnych synonimów pracy ustawia dostawy prądu na świat, który jest swój. Czytam i czekam aż bierność przeniesie mnie w przeczucie, że powaga jest wymienna z koniecznością i jak strupy odpada, a wszystkie zaimki zwrotne tego wszechświata oczekiwana rzeka (ja czekam na Wisłę) połączy w całość i sarenka pocałuje się sama. Czy ktoś żywi pretensje do poezji? Czy ktoś żywi pretensje do poetyckiego stada? Chyba tylko kozy, torby, rzędy popsutych drukarek i Dennis Rodman1.
asz
(Czytaj dalej…)