
O tym, że mam pisać o tej książce wiedziałem mniej więcej od połowy roku, przez ten czas dopuszczałem się różnych przemyśleń nt. pisarstwa Piotrowskiego, wynotowywałem uwagi o jego „języku”, „stylu”, aż kiedy przyszło co do czego, zasiadam tu z bolącym zębem, kompletnie nie wiedząc co pisać, trochę zrozpaczony tym, że przychodzi objaśniać sen, zakochanie, podróż, coś co podeszło mnie tak blisko, że stało się „moje”, a więc takie, o czym się już publicznie nie gada. Przekonywanie do prozy Piotrowskiego jest podwójnie niewdzięczne, po pierwsze dlatego, że jej arcydzielność jest oczywista dla każdego, kto przeczyta z niej 10-20 stron, a po drugie dlatego, że posiada ona dar zawiązywania związku z pokładami nas samych, o których zazwyczaj nie myślimy, trochę z braku odpowiednich słów, trochę może ze strachu, że wniknięcie w nie oznaczałoby podjęcie decydującej rozprawy z samym sobą, po której nie wiadomo co jeszcze miałoby się dziać. Nic, nawet to przenikające całą twórczość Mieczysława Piotrowskiego egzystencjalne i emocjonalne napięcie o największej z możliwych amplitud, nawet paraliżujący zmysły dar obserwacji, którego mógłby mu chyba pozazdrościć Stwórca na niebiesiech, nawet psychologiczna nadczułość pozwalająca składać dialogi brzmiące jak wyznania dusz wiedzących o sobie od pierwszego spotkania więcej, niż zwykły człowiek dostrzega w drugim w ciągu całego życia, nic nie wyjaśnia tego poczucia bezpośredniego asystowania w odsłonięciu tajemnicy i prawdy, jakiego doświadczamy tu co i rusz, a które przy końcu książek — myślę tu o Złotym robaku i Czterech sekundach — każe naraz zrozumieć, że trzymamy w dłoniach coś ważniejszego niż fikcja. „Czy na ziemi istnieje życie?”, tak nazywa się ostatni rozdzialik tej monumentalnej powieści, i to (niby) skromnie skreślone pytanie sprawia, że mam łzę w oku, ilekroć się na nie natknę i jeszcze raz wyobrażę sobie duszę, która je zadała, w takiej właśnie naiwno-cwaniackiej formie, za jednym zamachem robiąc je zabawnym i porażającym, formułując je i nie zbliżając się do niego bardziej, niż by należało. Patos końcowych stron jest z tych, które prowadzą nas ponad życie, ku czemuś ważniejszemu i większemu, o czym zazwyczaj nie umiemy mówić; przez moment rozumiemy, że i do naszego losu doczepione są rzeczy większe niż te, na które się zgodziliśmy, i ku którym sięgamy. Potem książka kończy się.
r
(Czytaj dalej…)