Rafał Wawrzyńczyk: Może zacznijmy z marszu, panie Kacprze — czy nie wydaje się panu, że całe to niezaprzeczalne zauroczenie „młodej” poezji polskiej „młodą” poezją amerykańską była to sprawa — wbrew pozorom — dość wybiórcza, bo dotycząca z górą 5-6 nazwisk (Ashbery, O’Hara, w mniejszym zakresie Stevens, Bishop), zupełnie przy tym ignorująca rzeczy nieco, hm, świeższej daty? Wymienieni to oczywiście wybitni, inspirujący poeci, mam jednak tu na myśli to, że ich dzieło trafiło do Polski niejako z przebitymi numerami, czy raczej datami, bo jeśli dobrze się orientuję, to takie rzeczy jak „niebieski numer” czy rozproszone tłumaczenia nowojorczyków kupowane były u nas przez wielu jako absolutna świeżynka, ostatnie słowo amerykańskiej awangardy itd., gdy tymczasem formowanie się stylu Ashbery’ego, wszystkie te odkrycia w rodzaju transpozycji idei abstrakcyjnych ekspresjonistów na poezję, czy Cage’a na poezję, czy Feldmana na poezję, cały ten ferment dokonał się w zasadzie w latach 50.-60., co oznacza, że echo dotarło do nas po 25-30 latach. Chwała za to tłumaczom, chwała pokoleniu przenoszącemu te szczepy na polszczyznę, czy jednak nie jest tak, że zadowolono się tą garstką poetów, zupełnie tracąc zainteresowanie dla tego, co przyszło p o n i c h? Myślę, że z dużym trudem przyszłoby zainteresowanym wymienić choćby kilka nazwisk Amerykanów piszących dzisiaj, o istnieniu Petera Gizziego dowiedziałem się dzięki kilku pana przekładom, na wiersze Jorie Graham trafiłem w sumie przypadkiem, bo kilkanaście przełożyli wspólnie M. Biedrzycki i E. Chruściel, i dzięki uprzejmości Miłosza miałem okazję z tymi tłumaczeniami się zapoznać. Są to nazwiska za oceanem dość pierwszoplanowe, nijak jednak nie sposób „umiejscowić” ich na „mapie” tamtejszej poezji, bo danych do wyobrażenia sobie tej mapy po prostu nie posiadamy1. I druga sprawa, która wszakże z pierwszą się wiąże — nie bez powodu pisałem „było” o Polaków zauroczeniu Amerykanami — czy nie ma pan wrażenia, że ta historia nieco już straciła impet? Jakby wynalazki i to przenikające tamtą poezję poczucie „wolności” zostały zaadaptowane, przepracowane, i nadeszła pora na coś nowego.
Kacper Bartczak: Wpływy międzykulturowe, przekłady poetów, przejścia między poetykami, przebiegają nieregularnie, skokowo, i nie poddają się łatwej regularyzacji. Określone regularności, lub ich braki, są zauważane zawsze po czasie. Najlepsze przejścia estetyczne między kulturami są podyktowane osobistymi fascynacjami. Tak było w przypadku wprowadzania poetów tzw. szkoły nowojorskiej do Polski przez Sommera, Zadurę, Sosnowskiego i innych. Mówimy tu o poetach, którzy z różnych przyczyn — będących mieszanką osobistych potrzeb estetycznych i szerszego oglądu stanu poezji w ogóle — sięgają po głosy obce. Dobrze byłoby się przyjrzeć choćby tym osobistym potrzebom, powiedzieć coś o nieoczekiwanych i jednocześnie ożywczych powiązaniach, jakie Sommer odkrył między Białoszewskim a O’Harą; prześledzić dokładnie te jakości u Ashbery’ego, które pozwoliły Zadurze wydobyć się poza dławiącą go w pewnym momencie „klasyczność” wypowiedzi. Proszę też zwrócić uwagę, że mówimy tu o fascynacjach wieloletnich, a nie o kulturowym projekcie jednorazowego zaprezentowania konkretnych poetów. O’Harze zmarło się przedwcześnie, ale Ashbery pisze po dziś dzień, jego poetyka ewoluuje, nadal zaskakuje i nadal coś wnosi. Niektóre jego tomy i wiersze z lat 90. i te po roku 2000 posiadają niezwykłą estetyczną siłę. W ogóle uważam, że Ashbery to zjawisko niezwykłe i nie sklasyfikowane, nawet nie w Stanach, a co dopiero u nas.
(Czytaj dalej…)