– Dziękuję
Paweł Kamiński
Będę się streszczał: styl wypracowany przez Pawła Kamińskiego uważam za znakomite rozwiązanie, jeśli idzie o próbę uniesienia wysokich treści go obarczających; radzi sobie z tym zadaniem o wiele bardziej pomysłowo i odważnie niż, dajmy na to, marsowy idiom K. Siwczyka czy inne propozycje mierzące się z zagadnieniami „języka”, „słowa” itp. niejako twarzą w twarz, czy nawet „z góry”. Kamiński od razu umiejscawia się „na dole”, w sferze naiwnie wzniosłych stwierdzeń, wytartych porównań i mżawki wielokropków, i to, co ma do powiedzenia, mówi za pomocą takich właśnie, porzuconych przez innych, środków. Stąd jego sukces — możliwa śmieszność przy potknięciu się na „wielkim temacie” zostaje z góry uprzedzona okolicznościami, jako że na scenę wychodzi nie usztywniony retor, a człowiek w spodniach Chaplina. Rzecz jeszcze i w tym, że po przeczytaniu tych wierszy nikt nie będzie podejrzewał autora o to, że taka jest akurat jego poza i to wszystko chytrze sobie wykoncypował; ponieważ bardzo nie chcę powiedzieć, że ta poezja „jest autentyczna”, powiem może, że zaproponowana kreacja jest nad wyraz spójna, a nad charakterem spoiwa (delikatność? Kropla humoru? Co jeszcze?) każdy może porozmyślać sam.
r
Słowo za słowem…
Słowo za słowem
odwijamy ze zwoju…
Każde jest niespodzianką
chociażby słyszane nie po raz pierwszy…
Każde jak ptak trzepoczący
wyrywa się z krtani,
przysiada na myśli
i nie wiedzieć kiedy ulatuje…
Nieogarniona jest liczba słów
krążąca pomiędzy czasem i przestrzenią…
Chwila kiedy się rodzą jest nie do uchwycenia,
szczelnie okryta tajemnicą stworzenia…
Słowo jest trzecim bytem
po duchu i materii…
Słowo jest ptakiem
nieustannie krążącym między nimi…
Niestrudzenie donosi ducha materii
i próbuje — bezskutecznie —
unieść ciężar do wysokości ducha…
Jego trzepotanie niejednemu
wprowadza zamęt w wydawałoby się
uporządkowane konstrukcje myśli…
Strąca je i rozsypuje niczym
szklane paciorki…
Jeśli czas na to pozwala
jeszcze raz i jeszcze raz
podejmujemy trud zbieractwa,
za każdym razem z malejącą wiarą,
że odtworzony porządek
na coś się nam przyda…
I pamiętajmy:
Słowa rzadko używane psują się,
tracą swoją lotność
i potrafią zarażać inne rozkładem.

Zaczynam…
Zaczynam nowy dzień…
Otwieram oczy i dziękuję…
Otwieram usta i dziękuję…
Widzę regał z książkami i dziękuję…
Widzę stół i dziękuję…
Widzę — dziękuję…
Mogłoby się wydawać,
że powinienem zacząć od — przepraszam…
Są powody…
Były, są i będą…
Przepraszam…
Ale ponieważ nie jestem
w trzech osobach jednocześnie
(Przepraszam, Proszę i Dziękuję)
zdecydowałem, że będę — Dziękuję…
I od tej chwili moje życie
zmienia się w niemożliwy do wyczerpania
rejestr podziękowań…
Wiem, że nie będę miał już problemu
z zabijaniem czasu
(do czego z przykrością muszę się przyznać),
z podejmowaniem decyzji,
z wyborem pierwszeństwa itd…
Liczenie ziaren piasku na pustyni
jest procesem mniej absorbującym…
Zważywszy na dziesiątki lat zaniedbań
już zawsze będzie mi towarzyszyć
niepokój — czy zdążę…
Oczywiście — nie zdążę…
I’m a rich man.

Zdaję sobie…
Zdaję sobie sprawę,
że niekończące się podziękowania
mogą osobom postronnym
wydawać się co najmniej nużące…
Nie wiedzą oni jednak (jak sądzę),
iż spełnianie tego — wydawać by się mogło —
czysto buchalteryjnego obowiązku
pozwala na dokonanie odkrycia
w milionach, ale — nawet miliardach egzemplarzy
(jeśli czas pozwoli)…
Każdy atom naszego świata,
którego dotykamy myślą,
mową lub uczynkiem,
jest skrojony zawsze dokładnie
na naszą miarę…
Drzewo, stół, obłok, lęk, choroba
a nawet głupota
są nasze i tylko nasze…
Gdy dobrze się przyjrzymy
(bez pośpiechu)
dostrzeżemy na wszystkim nasz niepowtarzalny,
zastrzeżony raz na zawsze,
osobisty kod…
Zdecydowanie — można popaść w pychę…
Ale nawet wtedy będzie to
tylko nasza, nie mająca sobie równej,
niepodobna do żadnej innej — pycha…
I za to dziękuję.

Chciałem podziękować…
Chciałem podziękować —
lepiej późno niż wcale…
Noszę swój cielesny garnitur
już 52 lata…
To widać…
Z lekka odstaje od mojej duszy…
Wcześniej tego tak nie zauważałem…
Spróbujcie pochodzić tyle lat
w tym samym…
Wielu próbuje…
Chciałem podziękować…
Od niedawna dotkliwiej
odczuwam każdą jego komórkę
(tak jakbym miał ich więcej)…
Teraz wyraźniej dostrzegam
jak dusza zyskuje większą swobodę ruchu
– za cenę czasu…
Nie powiem żeby się oddzielała,
co to to nie,
ale więzi osłabły zauważalnie…
Presja świeżo skrojonego garnituru
już nie ta co kiedyś,
więc nadszedł czas żeby podziękować…
Naturalna maseczka pychy z bezczelnością
wytarła się nieco
a i kolano — nie wiedzieć czemu —
łatwiej ugiąć…
Syn marnotrawny wrócił do rozumu…
– Przesadziłem — palpitacje nieco ustąpiły
i zacząłem (oby) łapać równowagę
rozpiętą między plusem a minusem…
– Przesadziłem — nareszcie poczułem
delikatne dotknięcie palca Bożego…
…choć był jak przyrośnięty
od zawsze…
– Dziękuję.
Grafiki autorstwa Pawła Kamińskiego. Więcej: http://pawjanka.bloog.pl/.

Skomentuj
Musisz być zalogowany aby skomentować.