Edward Pasewicz — „Drobne! Drobne!”
Cyc Gada

Wydaje się, że w poezji Pasewicza silniej niż u jego rówieśników dochodzi do głosu czynnik formotwórczy wiersza, który roboczo moglibyśmy nazwać sobie „muzycznym”, a przejawiający się w kształtowaniu tekstu na podobieństwo utworu muzycznego, tj. nadziewaniu go refrenami („Notacje”), opieraniu o coś w rodzaju tematu („Drobne! Drobne!”) czy wreszcie stosowaniu słyszalnych nawet dla tak niewprawnego ucha, jak moje, kadencji. Wypełnianie długich okresów językowym kruszywem to chyba zajęcie nieco ryzykowne, bo chwilami odnosi się wrażenie, że kiedy rytm wymaga niezwłocznego wrzucenia czegoś „na ruszt”, a pod ręką nie ma akurat czegoś specjalnego, poeta sięga do czegoś w rodzaju „żelaznego repertuaru” skojarzeń czy wręcz już symboli (trzcina, jętka itp.) i muzyka wiersza zostaje podtrzymana słowami o mocy nieco wyblakłej — właśnie przez takie „zastępcze” użycie. Ale jest też tak, że tego rodzaju zabiegi nawet mimowolnie dokładają się do tzw. „klimatu tej poezji”, zacieśniając jeszcze i tak już paraliżujący krąg Pasewiczowych motywów, a więc śmierci, nicości, smutnej biologii ciała itp. Drobne! Drobne! to całkiem przygnębiająca książka, w której raz za razem uderza się szatański akord „jestem materią i nic ponad to”, a ochrony przed takimi zagadnieniami, jak przystało na zagadnienia najbardziej zasadnicze, nie było i nie ma. Pełne życia eksklamacje JEST, JEST z wiersza tytułowego brzmią na tym tle bardzo wzruszająco i są może jakąś podpowiedzią w sprawie przesłania czy szyfru, których czasem się w tych wierszach oczekuje i wygląda („Terapia”), a których nie znajdzie się w „wysokich chaszczach, płaczących wierzbach”; skupić się wypada raczej na wielkim szyfrze, którym porozumiewamy się, i o którym w XX w. powiedziano całkiem sporo. Możliwe, że dałoby się analizować rozpaczność Pasewicza jako ból porzucenia złudzeń o ukrytym, ale istniejącym „znaczeniu”, „Czymś”, „wewnętrznej strukturze” na rzecz przejścia ku „doświadczeniu powierzchni”. Czy raczej — „…na rzecz pierwszego kroku”; przepaść między Wittgensteinem I a Wittgensteinem II jest bodaj z najgłębszych.
r
Notacje
Ojciec mój, pracownik tartaku,
sześć tysięcy drzew, sześć tysięcy drzew,
kiedy przynosiłem mu śniadanie,
miał pył na powiekach.
Niby nic, a pamiętam, sześć tysięcy drzew,
nie miał też kciuka i kawałka serdecznego,
sześć tysięcy, sześć.
Jego prochowiec, tak śmiesznie mókł,
plamy na ramionach i zacieki na plecach.
Zdrapywałem wtedy z kolan strupy
i lubiłem to, po prostu lubiłem,
sześć tysięcy drzew.
Mówił od niechcenia o deskach,
które zrobił, z sękami i bez. Na trumny
i meble, na podłogi i stoły,
sześć tysięcy drzew, sześć tysięcy drzew.
Słowa powinno się użyć raz,
później tylko stąpać.
Ale nie umiem, ja chodzę.
Drobne! Drobne!
No i jest jeszcze Basia, Skrivanek i jego kolega Piter
(robił nam zdjęcia przy śniadaniu), jest Skrivanka siostra
i, jak mówiłem, Basia i Bodzio z Łucją w Grzechu Warte.
Także Sebastian, DJ Bufetowa, DQ Malina (prawie jak Doda),
ich samochód na korbkę, cały Zakochanka Squad
w różowych pantofelkach, biegnący po Roosevelta.
Jest też i to, że pamiętamy, żeby krzyknąć
za nim: TADZIK MA SZMAL!, no i że drobne są modne
i jeszcze za to, że szyfr za szyfrem, odkryliśmy w gazecie,
bo prawda jest wdową po czym innym przecie.
Jest placek z wiśniami u Sajewskiego, trzy dni do
zmierzchu bogów, posrany portier w miejskiej Strażnicy,
Czartoria nocą, Chwaliszewo w dzień, koniak pliska,
jest Ola, co przećpała i poszła za Jezusem i jej facet,
co też poszedł za nim, chociaż urodził się w Botswanie
i dali mu na imię Pagórek (siostrze Dolinka jak sądzę).
Są Przemka szybowce, jego: I love koniak!, jest Tadeusz
i Zosia, jak w każdej miłosnej historii są drobne na tramwaj,
drobne na taksówkę, szyfr, szyfr, który objawił się w gazecie,
bo prawda jest wdową po czym innym przecie.
El Prat Expres
Podobno ma na imię Jaume, tak
twierdzi Maria: oni tu wszyscy albo Jordi,
albo Jaume właśnie. Śmiertelny jak ja
Katalończyk z deskorolką pod pachą.
Pewnie nikt szczególny dla stojących obok,
wszyscy jesteśmy jakoś mało szczególni,
żebra i ścięgna, i skóra, i kości, bez znaków
szczególnych, bez znaczeń, bez treści,
no, po prostu każdy to zabagniona łąka,
albo mur, brama, korzenie, czy co tam chcecie.
Terapia
Zmywam naczynia, tak najlepiej oderwać się od
tych zdań, co się ich nie chce, ale są, przychodzą
i domagają się. Piana.
Tłuszcz, który przyjemnie znika, i ciasna kuchnia
dopełniają opowieści.
Bo czegóż tu nie ma, bajki, kryminały, mowy
pogrzebowe i liściki zaszyfrowane na deskach
do krojenia mięsa i warzyw.
Ulotne i ugłaskane, tak bym dziś powiedział,
ale mają zęby, zastrzegam, i są podenerwowane.
Drobnostki, co zatrzęsą światem?
Nie wierzę i może w tym tkwi problem, a może
w ogóle go nie ma, albo i jest, ale poza światem,
kto może wiedzieć? No, kto może wiedzieć,
czy w rozpryskującej się wodzie nie ma
czegoś, co dałoby się odczytać?
Książka ukazała się niedawno w poznańskiej WBPiCAK.
Komentarze (2) do “Edward Pasewicz — „Drobne! Drobne!””
Skomentuj
Musisz być zalogowany aby skomentować.

gosia dobosz stwierdził(a):
Skojarzenie z poezją Préverta. Pamiętam przy pierwszym zetknięciu nawet mi się podobały te wiersze o charakterze pieśni, ale z kolejnymi odnosiłam wrażenie, że opracował system ich pisania i jakoś zniechęciłam się.
Wysłany 27-01-2009 o 17:17 | Permalink
gosia dobosz stwierdził(a):
Dziwne, że nie miałam takiego wrażenia opracowania patentu na swoją poezję, kiedy czytałam Lorkę :D.
Wysłany 27-01-2009 o 17:28 | Permalink