Jeszcze inaczej
Mariusz Grzebalski
Owszem
Kiedy dobrze ustawić ostrość,
widać przede wszystkim śmieci,
puste butelki, lęk, zmęczenie.
Jacyś ludzie dokądś jadą, każdego dnia.
Wcale ich to nie bawi.
Na ostatnim piętrze kamienicy
znudzona dziewczyna
próbuje doprowadzić do orgazmu
pijanego mężczyznę.
Teraz ty, mówi do koleżanki.
Wali się na fotel obok łóżka,
bierze do rąk gazetę, przegląda program TV.
Ktoś inny nie może zasnąć, zaparza kawę,
siada do komputera, pisze list,
czyta go po napisaniu,
potem drze na drobne kawałki
i śmiejąc się, wyrzuca do kosza.
Szczury buszują w najlepsze w starej rzeźni.
Kiedy indziej przez staw sunie para łabędzi.
Chłopiec wspina się na skałki, udaje lwa.
Przez moją głowę płynie żaglowiec.
Słońce na twoich powiekach.
Jeszcze inaczej
Tyle czasu, tyle mrówczej pracy,
żeby znów usłyszeć i zobaczyć siebie:
w chłodnym świetle,
nie przez zaparowaną szybę.
A potem, jak kiedyś,
wszystkie kotły pod parą
i rześki kadłub ciała ochoczo tnie
fale liliowego poranka.
I tak dalej, w podobny sposób,
z chwackim uśmiechem na gębie.
To nie jest reklama!
To wiersz, który boi się
nazwać własny strach,
bezkształtną masę
pod szlachetną podszewką słów.
On milczy zamiast mówić,
on to sobie tańczy?
Jak samochód obwieszony
puszkami po piwie i coli,
mknie krętymi spiralami zdań
wprost w objęcia szczęścia?
Albo jeszcze inaczej.
To tylko las pragnień,
którym nie sposób sprostać.
Kłamstwo niewiele oferuje,
a jednak święci triumfy.
Prawda jak szlachetne zwycięstwo
w pojedynku na pięści.
Nikt nie interesuje się trupem.
***
Tym razem zaczyna od końca. Od pióra,
które przestało pisać, od ucha, które ogłuchło.
Za oknami śnieg tyka: biało, metalicznie,
korona dymu nad blokami.
Tamtego roku liście w parku jak zielone jabłka,
długa podróż pociągiem przez letnią mgłę.
Wyjechali po niego na rowerach,
ale od razu za stacją dwa razy w rów.
Kiedy zabrakło wina, poszedł prosić sąsiadki.
Potem wstawanie: płakała,
tuptał za parawanem nagi jak ząbek czosnku.
Bez różnicy, gdzie zaglądasz: jesień turla
przezroczyste kule tu i tam. Widzisz tylko siebie.
