Mariusz Grzebalski — „Niepiosenki”
Cyc Gada

Naczelnym tematem Grzebalskiego wydaje się strumień życia, który nas omija, niosąc gdzieś daleko — i komuś innemu — „głupstwa, wesołe piosenki” i inne rozkosze życia mniej świadomego, a pozostawiając nas na skalistym lądzie, co do którego coraz to większej nabieramy pewności, że jest to ląd bezludny. Na gesty będące czymś w rodzaju samopokrzepienia w obliczu takich okoliczności natykaliśmy się w twórczości poznańskiego autora nawet nie tak rzadko — dość wspomnieć „potem patrz, po prostu patrz — uważnie i śmiało”, ryt powtórzony zresztą i w nin. książce — jednak tonację Niepiosenek ciężko byłoby już uznać za „budującą”, czy choćby „umiarkowaną”. „Nie chce ci się już notować w autobusie / o piątej nad ranem”, pisze Grzebalski w ostatnich liniach książki i o to mniej więcej tu chodzi: poezja ta nasiąknęła takim poczuciem rezygnacji, że zdaje się ono już nieodwracalne, a sam autor wspomina w internetowym wywiadzie, że coraz bardziej pociągają go „formy gnomiczne” i ruch w kierunku „granicy ciszy”1. Chciałoby się powiedzieć, że popularnie zwany „przezroczystym” język Grzebalskiego również uczestniczy w tym odwrocie i że podróż ku piorunom krótkiej formy prosto z zaplecza przejrzystej dykcji może nie skończyć się dobrze — a jednak pojawiają się w Niepiosenkach miejsca, które pozwalają podejrzewać, że operacja przelewania znaczenia w mniejsze formaty może się zakończyć pomyślnie i interesująco; mam tu na myśli np. wydajne konstrukcje alegoryczne, jakie znajdujemy w zakończeniach wierszy pokazanych poniżej. W dwóch pierwszych trop wykorzystuje „wodę” a oba zakończenia można przeczytać „płasko” i zostać z nastrojową akwarelą w ręku; można przeczytać i „alegorycznie” i poczuć się otoczonym przez przestrzenie, które słabszy poeta nazwałby np. „językiem” i „światem”, odpowiednio. Tak tak, ktoś tu zdecydowanie moczy spławik — który trącamy niniejszym.
r
I tak dalej
To miało być dobre lato: palba świateł,
głupstwa i wesołe piosenki po świt.
Mieliśmy w tym zniknąć, razem albo osobno,
wiedząc, jak nietrwały jest śmiech, etc.
I, obawiam się, nic z tego.
Dni jeden po drugim, jak cukierki,
którymi częstowała babcia, bo żal.
W wygasłych ogniskach parują ziemniaki,
na grillu mięso ciemnieje jak ból miłości.
Na szczęście i tutaj znajdą się chłopcy,
którzy na łódkach marzą o czymś więcej,
niż dyskoteka i ciała dziewczyn.
Wiosłują, żeby o czymś powiedzieć,
potem milczą szczęśliwi na środku jeziora.
Legenda
W stawie, gdzie się utopiła,
cichnie już oddech zimy.
Włosy żółtego światła
między wierzbami.
Mieszkał tu murarz
o skórze białej jak mąka.
Rżnął w pokera
i pił na potęgę,
zanim, śpiewając,
poleciał na łeb z rusztowania.
Co niedziela szalała z nim
na potańcówkach.
Jestem cieniem,
opowiadam historie.
Moczę spławik w stawie,
w którym ucichł jej oddech.
Wiatr bawi się czarnymi workami
Światła radiowozu i karetki jak ślizg
pomarańczowej farby po rysunku ośmiolatki.
Była czarnym tłem, ale kreśląca ręka osunęła się
i przez dziurę w kartce prześwitują
przęsła wyrastające znikąd.
Książka ukazała się nakładem Biura Literackiego. Kilka innych opublikowanych w niej wierszy prezentowaliśmy już wcześniej (por. http://cycgada.art.pl/?page_id=221).
Komentarze (2) do “Mariusz Grzebalski — „Niepiosenki””
Skomentuj
Musisz być zalogowany aby skomentować.

Mateusz Dawiec stwierdził(a):
Tak, to się już stało, Grzebalski zobaczył jak wiele innych widoków, choćby tych za autobusowym oknem, odebrały mu słowa i taniec wokół nich.
Szaman postanowił wypisać się z plemienia, zabrać z wioski kobietę i podążyć w puszczę tropikalną.
Miniaturyzacja, owszem, należy jednak dodać: przy zachowaniu obrazu.
Wysłany 7-06-2009 o 21:08 | Permalink
marzenka stwierdził(a):
Ujmująca dyskrecja (wzmacniająca rzadkie podniesienia puent, np. tej o dniach, co “toczą się przez niegasnącą ciemność twardo jak kula do kręgli”) i oszczędność na tzw. środkach, a więc bycie obok świata, obok samego siebie, no i trochę obok wiersza (z liryką na słońce? no, skoro “mam do powiedzenia mniej niż liść”). Stara dobra recepta: najprościej jak się da, ale nie bardziej. Cokolwiek apa(apoe?)tyczny, konstatacyjny ton narratora (tego skądinąd zombi, który słucha beznadziejnego techno, bo nie potrafi się oderwać) wydaje się metodą. Kiedy wokół tyle, rozumiesz, poezji.
Wysłany 9-06-2009 o 13:56 | Permalink