Mieczysław Piotrowski — „Podróż Arysty przez Lotaryngię”
Cyc Gada

Podróż Arysty… to rzecz rześka. Wydana już po śmierci Piotrowskiego miała być prawdopodobnie zaczątkiem nowego dramatu, może powieści, nie można też wykluczyć, że bytem samodzielnym. Jej konstrukcja kontaminuje i skupia jak w soczewce wszystkie cechy stylu autora Złotego robaka, począwszy od tematu fabularnego (konfrontacja dziewczynki i młodzieńca, „burza” uczuć — państwo wybaczą te banały — tu jednak rozegrana nietypowo, bo w ramach wątku kryminalnego), poprzez dekoracje (tonące w ciemności wnętrze domu wobec nieprzyjaźni blasku zewnętrznego świata), po szczególne pomieszanie snu i tzw. „realizmu”. Czytelnika spragnionego parafrazy, streszczenia czy tak popularnego teraz „spojlera” odsyłam do jedynej dostępnej w Internecie recenzji Arysty, zawiera ona także listę wszystkich charakterystycznych problemów jakich przysporzyć może pierwsze spotkanie z dziełami Piotrowskiego. Szczególną uwagę, pewnie z racji szczupłości książeczki, zwracają dialogi, całe kompleksy dialogowe, absurdalnością swoją i muzycznością przypominające konstrukcje znane z Firbanka czy Jane Bowles. I to było głównym zaskoczeniem przy lekturze tej książki: brzmi ona niezwykle świeżo, czyta się świetnie, wysyła w opar czujności dostępnej u nas chyba tylko, trzeba to powiedzieć, Andrzejowi Sosnowskiemu.
Na podstawie Arysty nakręcono w 1978 roku film Podróż Luizy.
tg
Na progu leśniczówki leży portmonetka, którą widocznie porucznik zgubił w tym zamieszaniu.
Podnoszę.
Ciepła jest jak kwiat. Po otwarciu widać w niej poskładane w szesnastki banknoty jak płatki róży na pamiątkę, ubite gęsto, jeden w drugi. Gdy liczę, nie mogę ich doliczyć i nie kończę liczenia.
Zaraz potem widzę — leży druga portmonetka.
Mgła była w ogrodzie, białe szpary w okiennicach, rano obudziłam się i chciałam zeskoczyć z tapczanu, jak zwykle w lewo. Wydało mi się, że miałam się obudzić wcześnie na wycieczkę i że nagle zaspałam. Była szósta piętnaście na zegarze. Przestraszyłam się i nagle nadpłynęła do mnie straszna rzeczywistość. Zobaczyłam siennik. Spał w butach, już nie spał, także się zerwał nieprzytomny, spojrzał na mnie z nienawiścią, tak jak na niego.
– Co tu było w nocy? — zapytał szybko. — A to, co tu robi? — pokazał palcem i pochylił się nad tym.
– Nie wiem — mówię. On patrzy na mnie. Nie jest nawet zły.
Na podłodze leży młotek.
Sama nie wiem.
– Nie wiem — mówię. Jest bardzo zły. A ja na siebie. Doprawdy, nie pamiętam, i jest to prawie niemożliwe.
– Wkładaj buty — mówi — bo zaraz jedziemy.
– Dokąd? — pytam. — nigdzie nie pojedziemy. — Ze strachu i obrzydzenia odwracam się od niego.
– A czemu by nie? słyszę głos za oknem. — Państwo po śniadaniu? — zapytuje psycholog.
Nie odpowiadam, mam tej komedii dosyć.
– Przegraliśmy — mówi trzeźwo Janusz — ale będziemy grali dalej.
– Jak to, przegraliśmy? — zapytuję. — Ja nie przegrałam.
– Uważam — skacze na jednej nodze, a ja za nim z butami w ręce, bo już mi kazał być blisko siebie — że także przegrałaś. Musimy być zaraz gotowi — mówi. — Czy masz tu gdzie kartkę papieru i ołówek? Muszę opracować moje ostatnie ostrzeżenie dla tych lekkomyślnych krętaczy. Dla tych socjologów i grafologów, dla tej całej współczesnej nauki poniżej pasa i honoru. Już od świtu robią na mnie karierę.
– Mam kartkę — mówię.
Stałam blisko, oczywiście, gdy pisał, umiał pisać, pierwsze zdanie przekreślił, długo się namyślał i napisał: żądam…
Patrzę na tego: żądającego. Jest mi smutno i zimno. Ramionami przelatują dreszcze. Lewą dłonią trzymam się za początek prawej.
– Wiesz co — mówię — oni nie traktują ciebie poważnie.
Wyjął rewolwer i położył przed sobą. Pisał dalej. Znów skreślił. A potem uniósł rewolwer w górę i wystrzelił. Znów huk i smród prochu, za oknami zrobiło się poruszenie, ale nie za duże. Ja także już przywykłam. Myślę sobie… Nie wiem, o czym myśleć? Pomyślałam o matce. I o tym młotku, skąd się mógł jednak wziąć?
– Odszukaj łuski — mówi — i tę wczorajszą.
Zaczęłam szukać.
– Weźże tę lufę od mojej głowy — mówię — bo tak jeździ za mną.
– A dlaczego? — zapytuje bezczelnie. Jest w dobrym humorze. Zawsze po wystrzale.
Mam przed sobą tę jego zapisaną kartkę, leży w kuchni na stole, drugiej łuski nie znalazłam. Odzywa się psycholog:
– Co słychać w Lotaryngii?
– Jak?! — wołam.
O mało nie zemdlałam.
– Gdzie?! W Lotaryngii?! — zapytuję.
Tak, w Lotaryngii. A jak ci się spało, Arysto?
– A panu? — jestem bliska wściekłości. Głos ma taki, jakby całą noc siedział przy biurku, a biurko było dostawione do naszego okna. Jest to głos, nie wiem czemu, nad wyraz nieprawdziwy.

Skomentuj
Musisz być zalogowany aby skomentować.