John Ashbery — „Nowy duch” [fragment]
Andrzej Sosnowski
Opowiadali tę historyjkę dawno temu
Legendę o dzieciach, które się zbliżają
Do ciemności, jednak żyją dalej.
Mechanizm opowieści chodzi, chociaż się nie przybliża.
Opowiadali to we wszystkich czasach, wszystkich miastach. Pierwszy plan zapełniony kształtami: jakież rozrywki dla wyobraźni i podniety dla kopisty, a jednak nikt nie ma wolnej chwili, żeby się dobrze przypatrzyć. Natomiast to rozrzedzenie w głębi, niewyraźne powietrze: ono ujmuje każdego widza. Wszystkie oczy przykuwa jego z wolna rozwijająca się ekspansja; otóż wielkoduszność wytwarza ten pęd ku naśladownictwu, tak jak życie ku rozwojowi, a jest to niezgrabna, skromna historia, opowiadana w chatce po zmierzchu. Dalszy postęp nastąpi.
Znasz tamtą pustkę, kiedyś jedyny dostępny ci sposób, aby cokolwiek wyrazić? Dyskomfort towarzyszący wszystkim obowiązkowym tematom do dyskusji, oznaczający totalne milczenie we wszystkich najważniejszych kwestiach? Tak wyglądał nasz tryb działania. Twoje ciało potrafiło te rzeczy formułować, przerzucając je we mnie, jak gdybym już wcześniej sam o nich pomyślał. Wszystko wpada do środka, zanim zostanie poukładane. Teraz jedziemy razem. Taki, jaki się tobie wydaję, i taki, jakim dla mnie jesteś, gra bez końca, w której wytarte wspomnienia progresywnie są zastępowane przez nowe, bezmyślne formułki powitań. Nawet kiedy to mówię, mam wrażenie, że słyszę cię i widzę, jak życzysz mi wszystkiego dobrego, a twoje rozbiegane oczy chłoną pewien pospieszny rozwój na stronie
jak zawsze nawinięte na szpulę czegoś, co dzieje się za kulisami. Co staje się medium, w jakim zwracamy się do siebie, owym niepodległym życiem, które mieliśmy nadzieję wykreować. Oto twoje oczy dostrzegają migające słupy linii telefonicznej i wierzchołki drzew. Permanentnym medium, w którym jesteśmy zagubieni, ponieważ stawanie się wykrada mu cały potencjał. Niczego nie można się dowiedzieć, tylko unikać, ani też prawdziwości tego nie da się uniknąć, gdyż to trwa i tkwi jak mikroorganizmy w szczelinach. W tobie rozsypuję się kompletnie, a na zewnątrz jestem jak oderwany fragment, sam dla siebie jak zagadkowa układanka. Jednak musimy nauczyć się żyć w innych ludziach, jakkolwiek poronione czy nieprzyjazne byłyby ich zimne, pokawałkowane sprawozdania z nas: one nas stwarzają.
Do ciebie:
Ciągle jeszcze mógłbym uwzględnić tu wszystko, by w końcu wyszło na równo, to znaczy, żeby wyszło tak, iż będziemy sobie równi u kresu naszych dni, które przeżylibyśmy w całej pełni i bez wysiłku. Ale mamy, ja i ty, więcej z tych życiodajnych pierwiastków niż chcielibyśmy wzajemnie od siebie dostać, albo i mniej: czymś prawie niemożliwym byłoby je posortować, o tyle, o ile jesteśmy trzymani z dala od siebie: tylko odmarzający nerw ujawnia, że już nadszedł czas, gdy człowiek akurat wyrwał się z jakiegoś stuporu lub popołudniowego snu, a wtedy natychmiast szykuje się na wieczór, daleki od legendarnego zadania, bliski pozbawionych znaczeń, lecz rzeczywistych okruchów, które przyniósł dzisiejszy dzień. Rozumiesz, że nie możemy tak swobodnie pożyczać sobie tych pierwiastków, żeby wszystko w końcu się zgadzało. Niezbędne są siła i opanowanie, w istocie czekają w gotowości, ale głębszy z nich użytek, bez usprawiedliwień, oznacza życie przerywane, a cały cel i sens był taki, że chwile świadomości muszą mieć charakter ciągły, jeśli w ogóle mają występować. Stąd ten smutek, kiedy wyglądam i patrzę na to wszystko, i zdaję sobie sprawę, że nigdy nie będę niczego z tego miał, choćbym nawet to wszystko miał, jak w istocie mam. Żyć, w sobie nawzajem, życiem doskonałym, choć bez szczęścia.
Cóż, i tyle właśnie z tego mam, przy wszystkich moich knowaniach i środkach ostrożności. Ale ty, żyjąc swobodnie poza moim zasięgiem, ciągle jeszcze masz się znaleźć w rachunku swojej własnej relacji o tym, jak to dzieje się z tobą. Obawiam się, że nigdy nie znajdziesz wyraźnego przejścia przez kaprysy wyprawy na ten drugi brzeg, wiekuisty pomimo jego skończonej natury, kaprysy nabytków, sugestii i wskazówek, użytecznych, nieskładnych: całego odkrytego życia, które biegnie naprzód i którego jesteś częścią, tak że można by powiedzieć, iż ono istnieje tylko dla ciebie. Jesteś zbyt blisko tego szczęśliwego stanu, aby mógł on cokolwiek dla ciebie znaczyć. A ja tymczasem mam uwzględnić wszystko: umeblowanie tego pokoju, codzienne wyrażenia, a także moje najniezwyklejsze myśli i senne fantazje, abyś nigdy nie uświadomił sobie rozproszonej natury tego wszystkiego, podczas gdy to ty j e s t e ś tym wszystkim, a moje wysiłki mają w istocie utrzymać mnie w związku, choćby bardzo niejasnym, z tą całością, gdy ona toczy się i znika z oczu jak rzeka, która tak naprawdę nigdy nie jest gdzieś, ponieważ zawsze już popłynęła gdzie indziej. I tak gęstsze chwile świadomości przypadają tobie, nie sam ten wyrazisty zarys, który uważam za swój i który prawdopodobnie też jest jakąś zmyłką: w końcu niczego nie zawiera, oprócz paru pojęć o tym, jak naszym życiem powinniśmy żyć, bezużytecznych, gdyż nazbyt ogólnych. Nic się tu nie odnosi do twojego ścisłego ujęcia kwestii życia u samych korzeni, bez troski o kwiaty i liście, które może będą nad nimi górować, jako uzupełniająca masa, pewnego dnia. Tylko doraźnie codzienne implikacje coś dla ciebie znaczą. Słusznie, jak przypuszczam, ale był raz taki obraz, który mi przyszedł do głowy, jej pospołu istniejącej promienności – nie polegającej na trzymaniu się razem, bo to by oznaczało wyczekiwanie na czyjś wzrok – ale na istnieniu niby dym wysoko wokół jasnych poziomów dozowanych promieni i jeszcze dalej w górę, aż do nieba, oczyszczonego z krążenia w oddechach i nareszcie żywego wskutek utraty życia. Odjeżdżające rejestry przeżyć, a one występują też dalej po drodze, stale zapełniają przestrzeń, stwarzając więcej przestrzeni.
Czy to jest w porządku, że posługuję się tobą, aby wszystko to zaprezentować? Może w sumie mówię, że to jestem ja podmiot, odpadający od ciebie z ciągle narastającą prędkością, aby po prostu móc powiedzieć, że jestem w tej bezpiecznej próżni, którą udało mi się zawczasu wyodrębnić dzięki bezinteresownemu odejściu przyjaciół. Jakbym w końcu był jedynie kwiatem, a nie mapą krainy, w której ów kwiat rośnie. Dałoby się więcej o tym powiedzieć, jak sądzę, ale chyba w niczym nie zmienia to faktu, że to ja jestem widz, ty przedmiot oglądu, i jako tacy obaj mamy swoją własną zadowalającą rzeczywistość, nawet jeden dla drugiego, chociaż ona ostatecznie się rozpada, upada na ziemię i wsiąka. Ponieważ ani trochę nie obchodzą mnie zjawy, podobnie jak ciebie, lustrowanie powietrza tylko po to, aby pytać „Czy się udziela?”, nie będąc jednak aż tak zależnymi od odpowiedzi, żeby nie mieć swoich nadziei i marzeń, swojego bardzo osobistego pomysłu na to, jak żyć, jak wieść dalsze życie. Jest to zatem nieważne,
lecz zawsze przychodzi taki czas, kiedy widz potrzebuje otuchy, dotyku dłoni na ramieniu, aby mógł mieć pewność, że nie śni.
Nie dalej jak przedwczorajszej nocy wertowaliśmy różne stare deklaracje, tęskniąc do pierwszej zwięzłej wykładni różnicy, jak jakiś okrzyk, różnicy pomiędzy tym, co nas dzieliło, a tym, co właśnie mieliśmy zamiar robić. Jak bardzo na podobieństwo dzieci myśląc, że jakiś błogosławiony świstek zawsze może przecież spaść, a kiedy tak płynie czas i n i c się nigdy nie dzieje, człowiek nie jest rozczarowany, lecz skrycie zadowolony i utwierdzony w swoim przesądzie: czarodziejski świat naprawdę istnieje. Jego niemota to najlepszy dowód. W istocie jakakolwiek oznaka aktywności z jego strony byłaby powodem do paniki, bo nie jesteśmy mu potrzebni, on nie potrzebuje z sygnałówki wpuszczać swoich przenikliwych pewników w nasze zakłopotane, nieśmiałe, na-wpół-udawane powszednie stosunki i transakcje. Tak więc dorośliśmy ufni, ufając sobie nawzajem i we własne siły, no i że pewnego dnia się spotkamy, zrzucimy z siebie ten istny kierat wierzeń, przygotowując się do życia w jakże-za-krótkiej nocy. I teraz różne pozy, z początku ledwie rzucone kreską na powietrze pokoju, stężały w oficjalną podobiznę rzeczy, które robiliśmy, życie uszło z naszych poczynań i weszło w te pozy. Tak że musimy obecnie stracić nadzieję na jakikolwiek realizm, bo on po prostu już tu jest, całkiem adekwatny do wszystkich przedstawionych spraw, tyle że my nie możemy go w ten sposób odczuć, ale to już jest nasz psi los. W samej rzeczy – czy to rzeczywiście jest kres i cel, ku któremu wszystko wirowało? Chcieliśmy, żeby wyszło w sam raz, i w końcu tak właśnie się stało. Innym bywa przykro z powodu innych rzeczy. A my możemy się cieszyć z sukcesu naszej stopniowo rosnącej wiary w ważność wszechświata, w miarę jak do nas docierała, abyśmy mogli pociągnąć jeszcze dalej. Nawet fakt, że żadna radość nie jest wpisana w zakończenie, chyba że ulga jest z nią jednoznaczna, powinien nieść pociechę, bo już w nieśmiałym baśniowym początku można było wyczytać, że szczęśliwe zakończenie to tylko zwykła sztuczka i że takie szczęście byłoby czymś sztucznym, choć realnym. Chodzi tedy o to, że
chcieliśmy, aby cała rzecz spaliła na panewce? abyśmy zostali przyłapani z ręką w nocniku? czy jeszcze coś innego z tysięcy wyrażeń oznaczających klapę, które przychodzą teraz na myśl? Czy jest coś gruntownie satysfakcjonującego w tym, że człowiek nie posiada przedmiotu swoich pragnień, że się przeliczył?
Mogę jedynie rzec, iż wiatr tej zmiany, kiedy ona tylko zaszła, wprawił mnie w odrętwienie do tego stopnia, że pokrzyżowały się drogi błędna i prawdziwa, i że już nigdzie nie widać żadnej drogi, a raczej wszystko okazuje się jakąś drogą, jednak żadna nie jest stosowniejsza czy właściwsza od poprzedniej, a ich zarysy szybko pochłania zapomnienie, jak śnieg wypełniajacy ślady stóp. I to pomimo dającej się dowieść słuszności drogi, którą obraliśmy, wynurzając się w rzeczywistości, która jest doskonała. Pomimo całej tej satysfakcji, bezkresnej jak morze.
