Piotr Sommer — demokracja i wieczność
Kacper Bartczak
Załóżmy, że można powiedzieć tak: odnajdowanie siebie w czasie i przestrzeni przebiega w dwóch rodzajach sekwencji — ciągłych i nieciągłych. Pierwsze są płynne, gładkie, najczęściej nieuświadomione, chyba że wychwyci je poetycki rodzaj uwagi. Drugie sekwencje to urwania i zawieszenia. Ciągłość to łatwość bycia w przestrzeni i czasie, ich znajomość; nieciągłość to trud bycia, czyli trud łączenia tego, co jednak lubi się rozpadać, trud zmierzania ku ciągłości. W procesach tych tworzą się sploty języka i pamięci psychosomatycznej, które są odpowiedzialne za nasze czucie zarówno przestrzeni jak i czasu.
Czas można poczuć w kościach, w bólu narządów domagających się przerwania zbyt długo trwających czynności. Czym jest dzień? Czym jest czas dnia? Dni są ciągami zadań, spraw, rozmów, mniej lub bardziej ukierunkowanych fizycznych przemieszczeń. Są cele, ich realizacje lub niemożność ich realizacji. Człowiek znajduje się na mapie tych małych sukcesów i porażek. Są ciągłości, płynności, ale także rozerwania połączeń. Idzie dobrze lub źle. Powstaje mapa doznań, emocjonalnych reakcji, u której podstaw znajduje się siatka zbudowana z zaspokojeń potrzeb lub ich frustracji. Posługujące się językiem ciało przechodzi przez tę sieć jak przez filtr i w ten sposób język jest w stanie coś znaczyć. Ale samo ciało też jest miejscem zapisu, bo język wraca do ciała i pozwala mu ustabilizować pamięć o doznaniach. W ten sposób język i ciało są wymiennym zapisem sieci powiązań, która składa się na poczucie rzeczywistości jednostki. Jednym ze składników tego poczucia jest świadomość czasu. Można powiedzieć, że sam zapis doznań jest poziomem, na którym czas działa. Działa, czyli płynie, bo lubimy myśleć, że proces jest tu ciągły i linearny. A jednak ten pływ, tak jak nasze bycie w czasoprzestrzeni, doznaje usterek. W sieci powiązań odpowiedzialnej za nasze pamiętanie oraz czucie czasu i przestrzeni zachodzi anomalia. Taką usterkę notuje wiersz Piotra Sommera otwierający jego najnowszą książkę Dni i noce:
i długi czwartek (noc w końcu
ścina go z nóg), z kretesem
gubi się w kalendarzu,
zatapiają go inne dni. Już-już
ma sczeznąć, obrócić się
w nic, a tu ni przypiął
ni przyłatał, bierze
i odrasta.1
(„Zaniedbanie”)
Następuje przemieszczenie w samej tkance soma-lingwistycznego czucia czasu. Jakiś obszar tej sieci zostaje przez przypadek, niechcąco i w niepożądany sposób reanimowany i następuje przedłużone déjà vu. Przeszłość nawiedza teraźniejszość. Zostaje teleportowana w przyszłość. Zapisany w ciele rodzaj zmęczenia, silnie powiązany ze zbitkami języka i sytuacji, zostaje reaktywowany. Ciekawe, że zjawisko to jest ambiwalentne. Z jednej strony, można się cieszyć, że nie wszystko ginie w mgle zapomnienia, że przeszłość jest dosłownie żywa. Z drugiej jednak strony, ten odrost ma w sobie cechy nieprzyjemnej remisji. Być może tamten dzień, czyli tamta konstelacja zdarzeń, z ich fizjologicznym echem, powinna była „obrócić się” na dobre, by stać się podłożem dla czegoś nowego.
Najwyraźniej poziom soma-lingwistycznego zapisu jest pływem, który może doznawać zakłóceń, może nawet większych awarii. Nasze odczuwanie upływu czasu jako procesu linearnego jest tak naprawdę odczuwaniem tylko pewnego poziomu, być może tego, na którym dzieje się ciągłość, na którym sensy dają się układać w łańcuchy. Ale jest inny poziom, albo wymiar, na którym obowiązuje nieciągłość, możliwość przerwy i uskoku. Spójrzmy na kwiatki, które byłyby niewinne, gdyby nie to, że rosną na bardzo grząskim terenie:
jakoś mówi się cały czas
nie to, a jednak
słyszy co trzeba.
I już?
To znaczy tyle, ile prawie
by starczyło (zależy
jasna sprawa komu).
No zobacz: mówisz
i zaraz gasisz całe zdania
jakbyś grunt podmywał.2
(„Kwiatki na mokradłach”)
Pisałem już o zasadniczym braku pewności w życiu organizmu. Wszystko jest „mylne”, bo założeniowe, hipotetyczne, czyli podatne na pomyłkę. Mówienie, jak poruszanie się, jest szukaniem rozwiązań. Ale przecież to się dzieje na żywo i często bez wcześniejszych prób. Więc pojawią się zawahania i zawieszenia. Widzieliśmy, jak właściwość ta realizuje się u Roberta Creeleya. Można jednak mniemać, że wiersze Creeleya imitują ruchowo-językową eksplorację przestrzeni. Sommer natomiast przygląda się czasowej warstwie badania. Pierwsza strofa zawiera zdanie, w którym coś, jakieś słowo, jakiś koncept, zwinęło się w sobie, zniknęło, a później i tak się odnalazło. Następuje jakieś szarpnięcie, zawirowanie, które należy uznać za pochodną niepewności wpisanej w badanie rzeczywistości, w eksplorację jej temporalnej warstwy. Zdanie staje się ruchem zawsze niepewnym, jest instrumentem badania czasu, środkiem transportu posiadającym czujniki ustawione w przeszłość i w przyszłość. To one odpowiedzialne są za możliwość autokorekty, zdrowego sceptycyzmu. Zdanie „szarpie” w chwili „mylnej” kalkulacji, jak wysięgnik, instrument, który się myli i musi dostać nową kalkulację. Zdanie musi w sobie wytworzyć kieszonkę czasu na tę kolejną kalkulację; zdanie „robi” czas3.
Ponieważ demokracja to życie organizmów w terenie nieobliczalnym, w którym organizmy zawsze będą skazane na kolejne badanie swojej sytuacji, takie mówienie jest koniecznością w świecie demokratycznym. Mówi się zawsze tyleż za siebie, co w jakimś sensie za innych, bo mówi się ich językiem, który do nich płynie i będzie ich dotykał. Mówienie to badanie swojego położenia wobec czegoś, co uważamy za naszą tożsamość, i wobec innych mówiących.
Jednym z pojęć ulubionych przez Sommera w jego myśleniu o języku wiersza jest „retardacja”. Twórca używa tego słowa dla oznaczenia dziejącego się w zdaniu zjawiska wyhamowania i spowolnienia procesu realizowania i docierania do znaczeń. W swojej „pogadance” na temat doświadczeń płynących z przekładania miniatur poetyckich Charlesa Reznikoffa, definiuje retardację jako „hamulec [...] podbijający ciekawość czytelnika, co chce dowiedzieć się, do kogo też całe zdanie jest zaadresowane”4, i widzi ją w tych cząstkach zdania, które są elementem dodanym, wstawionym, przydającym mu masy, na przykład w okolicznikach miejsca i wyrazach wielosylabowych. Jednak retardacja jako zabieg gramatyczny wskazuje na większe zjawisko psycho-temporalne. Czas może przyjmować różne prędkości przepływu. Więcej, sam przepływ może być wielowektorowy, z wektorami posiadającymi rozmaite kierunki. Jeśli zdanie posiada w sobie element je „wyhamowujący”, czy opóźniający, to jakaś część całości płynie pod prąd. Wypowiedź poszukująca, czyli badająca swoją czasoprzestrzeń, uczulona na niepewność swojego pochodu, potrafi (powinna potrafić) poruszać się jednocześnie w dwóch kierunkach. Taki ruch oznacza jednak konieczność zmiany w rozumieniu czasu, konieczność rozpatrzenia warstwy nielinearnej.
W eseju „Przewroty słów, zawroty czasu: notatki o poezji Jerzego Ficowskiego” Sommer nadmienia: „Chodzi o [...] język w ruchu, język poruszający się wstecz i w głąb [...] podobnie dzieje się wszędzie tam, gdzie [poeta] pozwala, żeby język trochę się rozpędził — rozpędził w drugą stronę, wstecz”5. Hamowanie, retardacja to wytworzenie pędu o wektorze przeciwnym do kierunku ruchu. Ale co, jeśli manewr powiedzie się aż nadto? Jest warstwa przepływu czasu, na której kierunek ruchu jest o wiele luźniejszy i nieprzewidywalny, bardziej plastyczny niż w zwykłym modelu linearnym. Wtedy w przód może zacząć oznaczać wstecz. Można więc założyć, że pewne działania stylistyczne i gramatyczne są zdolne do manipulowania wektorem przepływu czasu. Oczywiście dotykamy tu kwestii kontroli i sprawczości: czy poeta jest w stanie kontrolować ów ruch, jego szybkość i wektor całkowicie? Wydaje się przynajmniej, że poeta jest w stanie ów ruch zapoczątkować, stworzyć warunki dla jego zaistnienia. Ale co dalej? Na razie zostawmy jednak problem sprawczości i dopowiedzmy, że plastyczność tego poziomu ruchu temporalnego, do którego przywodzi nas zjawisko „retardacji”, tej stylistycznej i tej większej, czyli ogólno-czasowej, pozwala na wzajemne intruzje tych wymiarów, które roboczo nazywamy teraźniejszością, przeszłością i przyszłością. Paradoksalnie, retardacja może zostać odwrócona, inny podprogowy prąd może zostać skierowany w przód. Wówczas przeszłość nawiedzi teraźniejszość i w niej odrośnie. Tak dzieje się w „Zaniedbaniu”. Mówimy tu o dwóch aspektach tego samego zjawiska: językowo i składniowo uruchomionej zdolności czasu do generowania zawirowań, nieciągłości, przeskoków, zapadnięć, uskoków. Soma-lingwistyczna pamięć generuje z siebie inny wymiar czasu, hipotezę jego większej pojemności. Językowy byt demokratycznie, a więc wobec innych, nastawionego ciała wzbogaca się o poziom, który jest czymś o wiele potężniejszym niż doraźność. Doraźność, jako splot bodźców językowych, somatycznych i psychicznych, zawsze uczestniczy w o wiele pojemniejszej substancji. Zwracam uwagę, że pojemność ta wykracza u Sommera poza pamięć jednostkową. Owe portale czasowe, które aranżuje poeta, są jednak czymś innym od Proustowskiej podróży w głąb własnych pokładów pamięci. Sommer należy już do świata postsubiektywnego, w którym pamięć i język są sieciowo-wspólnotowe.
[...]
Coś innego może wejść. Poziom czasowości, na którym mogą zaistnieć tak swobodne przemieszczenia i zakłócenia modelu linearnego, nie jest już czasem codziennej wymierności i pomierzalności. Czym jest zatem poziom, na którym wydają się aktywnie współistnieć chwile będące daleko od siebie w zwykłym codziennym modelu linearnym? Poziom, który jest w stanie tasować i mieszać nasze „wtedy”, „teraz” i „później”, który zawiera je w sobie, jest samą substancją czasu, czymś „uprzednim” wobec czasu.
Wieczność może wejść: jako rozerwanie, zawirowanie, przetasowanie. Czy powinniśmy pragnąć tych intruzji? Czy to pożądane zjawisko? Wracamy do pytania o sprawczość. Ale wracamy chyba, żeby je odrzucić. Sprawczość zakłada bowiem nadrzędność jednego wybranego bodźca. Językowe manewry Sommera uruchamiają zjawiska, które są większe niż pojedyncza sytuacja, jednostkowa i jasno zarysowana konstelacja, jeden wiersz. Rozumiemy, że teksty uczestniczą w całościach wykraczających daleko poza ich jednostkowość. Z drugiej jednak strony, owo stylistyczne uruchomienie „większej całości”, ponadjednostkowej substancji czasu, jest efektem takiej, a nie innej kondycji wiersza: jego potrzeby odnajdowania się w przestrzeni zawsze niepełnej, do końca niezbadanej, czyli potrzeby badania siebie i swojego współistnienia z innymi, które to badanie w wierszu istnieje zasadniczo, bo w samym języku. Język nigdy nie jest własny; wypowiedzi, przypuszczenia, odzywki, będą docierać do innych, podróżować w przestrzeni i czasie.
Badanie wykonywane przez ruch wersyfikacyjny Sommera jest analizą w przestrzeni demokratycznej, tzn. takiej, w której naczelnym imperatywem jest ciągle ponawiane odnajdowanie się wobec innych. Sommer pokazuje jednak, że ci inni stanowią zbiór większy od ludzi, którzy są osiągalni bezpośrednio czy po prostu współistniejący z nami w czasie. Albo inaczej: że odnajdywanie się wobec współczesnych będzie się od nas domagało powoływania do życia wymiarów czasowych obszerniejszych niż teraźniejszość i współczesność. Demokratyczna czujność poezji Sommera zakłada większy zbiór „innych”, większą wspólnotę żywych i umarłych, wobec których musimy się też odnajdować. Ale czujemy też, że to, co wiersz Sommera pragnie uruchomić, nie jest tylko czasem historycznym. Bo nie chodzi tu głównie, a nawet nie przede wszystkim, o rozmawianie z „przodkami”, na przykład rodzinnymi czy poetyckimi. Powiedziałbym, że chodzi o świadomość aktywnie działającego w tzw. „obecności” jej echa zewnętrznego, jej rezonansu. Ten rezonans jest możliwością: możliwością różnych przyszłości, ale też, co ciekawsze, różnych przeszłości. Bo wiersze Sommera wyraźnie sugerują, że przeszłość i przyszłość będą miały jakość nadaną jej właśnie przez jakość naszych zabiegów łączenia i odnajdywania się w tym labiryncie. Nie tylko przyszłość nie jest dana, dana nie jest również przeszłość. Sama przeszłość jest labiryntem i ludzie muszą sobie wybrać swoje przejścia przez ten labirynt. A więc „wieczność” jest pojęciem roboczym, wymiarem ruchomości, narzędziem dającym możliwość przeskoku po to, by od nowa poddać badaniu sploty sieci, rewidować poczucie czasu, rozumieć swoją przeszłość i widzieć swoją przyszłość.
Ale żaden z elementów składanki nie będzie nadrzędny. Sieć, pojęta hipotetycznie jako nieskończona „całość”, współgra z ograniczoną w czasie, ale otwartą jednostką. Ani pojedynczy wiersz nie rozporządza całością sieci powiązań, ani sieć powiązań nie może istnieć i być żywa bez lokalnych zaangażowań, zapętleń, niepewności i poszukiwań pojedynczego wiersza. Jeśli zgadzamy się, że tego rodzaju poszukiwania są koniecznością demokracji pojętej nie jako numerycznie ujęty „system sprawowania rządów”, a jako forma życia6, to poezja Sommera sugeruje, że demokracja musi brać pod uwagę wymiary większe niż czas pojęty historycznie, linearnie i doraźnie, wymiary, które będą rezonansem tych bardziej namacalnych i wymiernych ośrodków. Demokracja ma się więc parać wiecznością? Demokracja musi założyć możliwość takiego zewnętrznego rezonansu, musi założyć swoją „wieczność”. Niech wieczność będzie wymogiem demokracji, konsekwencją skończonych poruszeń poszukującego organizmu.
1 Piotr Sommer, Dni i noce (Wrocław: Biuro Literackie, 2009), str. 7. ^
2 Ibidem, s. 33. ^
3 W angielszczyźnie jest takie wyrażenie, które byłoby tu przydatne: to make time. Używają go ci, którzy czują, że czasu właśnie już nie mają, więc muszą jednak się przegrupować, żeby jakoś go odnaleźć. Odnaleźć, czy jakoś ze zdarzeń wysnuć? Proste polskie tłumaczenie „znaleźć czas” może gubić ten element aktywnego wypracowywania, wydłużania czasu. ^
4 Piotr Sommer, Artykuły pochodzenia zagranicznego, Marabut, Gdańsk 1996, str. 398. ^
5 Piotr Sommer, Po stykach, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2005, str. 29. ^
6 Takie rozumienie demokracji wypływa z Emersona, Whitmana, Deweya, Cavella, Rorty’ego, Shustermana. Żeby ograniczyć nieco ten zbiór, odesłałbym czytelnika do takich pism Deweya, jak esej „The Ethics of Democracy” oraz większa praca Democracy and Education. ^
Fragment pochodzi z książki Świat nie scalony wydanej nakładem Biura Literackiego.
