Adam Kaczanowski — „Awersja”
Cyc Gada
Od wtorku jestem zatruty. Chodzi o „dystans” (spătĭŭm); w obecności jego syku doznaję niemiłego uczucia upokorzenia… nie, nikogo nie oskarżam, starczy słownika…
Słowik i noc
– Słowiku,
słowiku?
– Pogani!
Pogani!
Pardon, już jestem:
Adama Kaczanowskiego poznałem w 2006. Nie chciał z nami psocić, sprzeciwił się nawet wpisaniu dedykacji do tomu, który mi podarował i w geście triumfu (uwaga ślad iloczasu! — pj — pj) narysował trupią czaszkę. Od tamtej pory przy różnych okazjach myślałem o Adamie, na dwa czy trzy zdawkowe mejle ode mnie zdawkowo odpowiadał, w końcu doszło do niniejszej prezentacji, a ja jestem szczęśliwy że odkrywam delikatną naturę Adama oglądając raz po raz na tylnej okładce jego zdjęcie.
pj
Na kolację zrobiła jajka sadzone, kalafiora i fasolkę w maśle. Podczas jedzenia każdy coś czytał, ona „Urodę”, Mirek „Nie”. Wojtek zagłębił się w instrukcjach i katalogu nowości lego.
– Umpfszszsz…! Wyrwało się chłopcu, podnieconemu zestawem kosmicznych wojowników.
– Ej, uważaj… patrz… — upomniała go Danka, widząc, że za chwilę zrzuci talerz na ziemię.
– A do nas czarni już nie przychodzą po haracz… Oduczyli się… — mężczyzna mruknął do siebie.
– Przychodzą… Ale jak ciebie nie ma… — Danka wstała od stołu i podeszła do szafek.
– Przychodzą?
– Oczywiście… Wojtek, witaminy…
Wyjęła pudełko z tabletkami i postawiła je na blacie.
– Pamiętam… — odpowiedział mały.
– Głowa? — Mirek zauważył, że Danka połyka środki przeciwbólowe.
– Trochę.
[...]
Czekając ze słuchawką przy uchu, oparła się o parapet.
– Adam? Matka twoja dzwoni… — uśmiechnęła się do siebie.
Okno, przy którym stanęła, wychodziło na ogród.
– …No… czyli nie możesz rozmawiać? Nie, no to krótko…
Wolną ręką złapała małą konewkę stojącą wśród doniczek na parapecie. Podlała orchideę.
– Będę się streszczać… Sprawa wygląda tak: mam faceta od ubezpieczeń, ubezpieczył mi już połowę przedszkola…
Krzyki z ogrodu dochodziły do niej przytłumione. Wojtek wydzierał się, trochę radośnie, trochę panicznie, do foksteriera, który próbował odebrać mu piłkę.
– Facet z Nationale… — dotknęła liścia jednej z roślin, wzięła go między palce — i słuchaj, mam, jak to ja, taki szatański plan. Bo on może cię ubezpieczyć…
Chłopiec lekko kopnął psa, ten odskoczył. Z tyłu Mirek powiedział coś ostro, obserwowała ich jak na niemym filmie.
– Nie… No, zaczekaj… Ja wiem, że ty nie chcesz się ubezpieczać, ale daj mi dokończyć… Tak… Tak…
Mirek, w zielonych gumowych kaloszach, obmacywał ostrożnie oczko wodne. Teraz pies podbiegł jemu przeszkadzać.
– Okej. Prosto z mostu. Facet ubezpieczy cię na trzeci filar, za który ja ci będę płaciła… Stówę miesięcznie… Tak…
Urwała lekko pożółkły liść.
– Powiedzmy, że stówę… I teraz uważaj, już to przećwiczyłam… Za to, że jesteś u nich ubezpieczony, dostajesz kartę kredytową na trzydzieści tysięcy…
Wojtek obraził się za jakieś słowa. Poszedł sobie z ogrodu w cholerę.
– Ta forsa bardzo by mi się przydała… No nie, karta byłaby na twoje nazwisko…
Usłyszała, że Wojtek wchodzi do korytarza. Zdejmuje buty, wykopując je przed siebie, prosto w szafę.
– Na twoje nazwisko, ale byś się zupełnie nią nie przejmował… Wojtek?… Zaczekaj…
– Co? — chłopiec pojawił się w drzwiach do kuchni.
– Co jest?
– Nic.
– Dobrze… Nie… Jakaś tragedia… Czyli rozumiesz?… Czemu?… No, dobrze, jeśli musisz… Tylko, w sumie, zależy mi na czasie… Byś musiał do… No, tak… Bo jeszcze byś musiał mieć zaświadczenie z roboty… Nie, okej… Dobrze… Przemyśl to sobie…
Wojtek na chwilę wyszedł, teraz znowu wrócił. Bez słowa otworzył lodówkę i wyjął z niej kabanosa.
– A tak w ogóle? Co słychać?… Okej… Dobra… To czekam… Cześć…
– Miras jest porąbany.
– Słucham? — Pacnęła go lekko po głowie. — Jak się wyrażasz o ojcu?
Odłożyła słuchawkę.
[...]
Oparła się o regał, przysiadła na półce, skurczyła w sobie, złapała za brzuch. Wojtek patrzył na nią, siedząc sztywno wyprostowany na łóżku.
– Ooooł… — wypuściła powietrze — Kochanie… — zaczęła i natychmiast utknęła.
Chłopiec nawet nie drgnął.
– Jezu!!!! — usłyszeli krzyk Mirka dobiegający z parteru.
– Pfff… Kochanie, nie chcę iść do więzienia, ty też nie chciałbyś mieć matki w więzieniu…
Chłopiec przecząco pokręcił głową.
– Dlatego mam dwa wyjścia… I zrobię to, co wybierzesz… Co będziesz chciał… Bo chcę, żebyś wiedział, że jesteś dla mnie najważniejszy…
– Nieeee!!!!! — Na dole przewróciły się jakieś sprzęty.
– Kochanie… — westchnęła ciężko — albo połknę tabletki… i już się nigdy nie obudzę…
W oczach Wojtka pojawiły się łzy. Wyciągnęła rękę w jego kierunku, musnęła dłonią jego czoło i nerwowym ruchem cofnęła ją.
– Albo ucieknę za granicę… Ale nie będziesz mógł wiedzieć, gdzie jestem… I nie będziemy się mogli spotkać… Bardzo długo… Może już nigdy…
Zamilkła. Dziecko tylko na nią patrzyło.
– Zrobię, co wybierzesz…
– Nie chcę, żebyś się zabijała — odpowiedział, cały czas tak samo sztywny, nieruchomy jak pomnik.
[...]
Posypała wannę clean-granulkami i polała wodą z prysznica. Zasyczało.
– Pssssssyyyt…. Visolvit… — szepnęła.
Szybkim ruchem przetarła lustro wiszące nad umywalką, raz, drugi. Ustawiła maksymalne zbliżenie na swoim oku.
– Ładne…
Przesunęła obraz na zmarszczki pod nim.
– Brzydkie…
[...]
Śni mi się, że zrobiłem kupę. Wstaję i widzę, że to, co ze mnie wyszło, jest bardziej podobne do mięsa, jakiejś brązowej, krwawej masy. Jest bardzo duże, próbuję to spłukać, ale się nie udaje. To coś wystaje wysoko ponad brzeg sedesu.
Nie jestem u siebie, toaleta jest obca. To wstyd coś takiego po sobie zostawiać u kogoś w domu.
Wyciągam gówno z kibla. Okazuje się, że to martwy, obdarty ze skóry duży myśliwski pies. Chyba chart.
Myślałem, że jestem u kogoś w gościach, ale to publiczna toaleta. Wychodzę i już wiem, gdzie jestem. To podziemia Ronda Kaponiera. Jestem wśród ludzi, targam martwego psa na plecach. Nie ma z tym żadnej awantury, ludzi jest dużo, wszyscy się gdzieś śpieszą, nie czuję, żeby patrzyli na mnie.
Tutaj, pod Rondem, mam swój drewniany stragan. Jeden z wielu stojących obok siebie straganów, inne nie należą do mnie. Wykładam na nim, jak zwykle, stare, pożółkłe gazety, jakieś papiery. Handluję nimi, zarabiam na życie. Zauważam, że są mokre, zupełnie jak zdechły pies, którego teraz też wystawiam na sprzedaż.
Kładę go na wierzchu.
[...]
Patrycja wychodzi na ulicę. Chodnik jest bardzo wąski, ludzie muszą się między sobą przeciskać. Powietrze jest chłodne.
– Przepraszam… — Wymija starszą kobietę. Ta nagle zauważa, że ciągnie swoją torbę na kółkach nie tą stroną co trzeba, szura materiałem po chodniku.
– Do diabła! — mruczy poirytowana.
– Od razu diabeł… Każdemu się zdarza. — Dziewczyna uśmiecha się do niej życzliwie. Babcia tylko macha ręką.
– Eee tam…
[...]
…delikatny szum aparatury.
– Jeszcze się spotkamy… Ale na moich warunkach…
Kosmonauta stoi nad ekranem — mapą statku — i widzi wszystko.
LEVEL 7. Zapora wewnętrznego pola siłowego pulsuje na błękitno. Wszystkie poziomy poniżej są strefą zagrożenia. Aparatura czasami pokazuje poruszający się, czerwony punkt. To Obcy. Drugim czerwonym punktem jest kosmonauta. Jego mała, czerwona kropka pika na poziomie dziewiątym, w komorze dowodzenia.
Co pewien czas przez ekran przebiega informacja, aktualizowana co minutę, jednak od dłuższego czasu taka sama: >>2 ISTOTY ŻYWE NA POKŁADZIE: 1 OSOBA LUDZKA, 1 NIEHUMANOID>> 14 ISTOT MARTWYCH: 8 OSÓB LUDZKICH, 6 NIEHUMANOIDÓW>>
Na przemian z tym napisem pojawia się kolejny >>SYGNAŁ RATUNKOWY NADAWANY NA WSZYSTKICH CZĘSTOTLIWOŚCIACH>> ODPOWIEDZI BRAK>> ŁĄCZNOŚĆ Z ZIEMIĄ ZERWANA 21.12.2012 12:12>>
Czerwony punkt sygnalizujący obecność Obcego znika. Aparatura nie zawsze radzi sobie z jego identyfikacją.
Kosmonauta przeciąga się, wygina, robi jeden wolny skłon, dotyka palcami podłogi. Jest nagi.
Wchodzi do otwartej kabiny, wkłada ręce w otwory. Na jego skórze pojawia się bio błona, przez nadgarstki, ramiona, w kilka sekund wpełza na całe jego ciało.
Kosmonauta całuje się w prawe ramię. Ostatnio cały czas tak robi.
– Kameleon… — mówi cicho.
Bio błona robi się jasno błękitna, lekko połyskuje.
Teraz kosmonauta sięga po bojowy skafander, swoją zbroję. Nie musi go zapinać, po prostu wpasowuje się w niego i słyszy delikatny trzask, skafander zasklepia się na jego plecach.
Kosmonauta robi dwa przysiady. Macha ręką, jakby coś strzepywał, dwa razy, za drugim z jego rękawicy wyskakują ostrza, pazury model Wolverine.
Rozgląda się na boki, jakby szykował się do walki. Podchodzi do dystrybutora, naciska guzik.
Na podajniku pojawia się kubek, z sykiem zapełnia się różowym płynem.
– Psssssyttt… Visolvittt… — kosmonauta mruczy pod nosem…
[...]
…Patrycja stawia na stoliku przed siedzącym na fotelu mężczyzną kubek z kawą.
– Fffff… Ale ze mnie ofiara, przepraszam… — mówi, bo na obrusie pojawia się brązowa plama.
Wycofuje się do kuchni po coś do wytarcia.
– Nic się nie stało — woła do niej mężczyzna.
Wraca, zdejmuje obrus ze stolika, wyciera blat.
– Jestem ofiarą — powtarza.
– Ja też.
Patrzy na niego zdziwiona, on tylko uśmiecha się do niej życzliwie.
– Pan jest doradcą. — Znowu wychodzi z pokoju, idzie zamoczyć obrus do łazienki. Przedtem, w kuchni, posypuje plamę solą.
– Ale tylko finansowym! — mężczyzna krzyczy do niej z pokoju.
– To skąd pan miał mój telefon? — Patrycja wreszcie może usiąść.
– Otrzymałem go… — doradca nagle się peszy — …od pani znajomego — dodaje po chwili wahania.
– Mam masę znajomych.
– Właśnie… Teraz nie mogę sobie przypomnieć nazwiska…
– Ciemny?
– Kompletne zaćmienie, przepraszam… Notes zostawiłem w domu…
Patrzą na siebie, pierwszy raz spoglądają sobie w oczy, mężczyzna szybko ucieka jej wzrokiem.
– Ale nie ma pani nic przeciwko, zgodziła się pani na rozmowę.
– Spokojnie.
– Więc… — mężczyzna upija łyk kawy, wraca na swój pewny, profesjonalny grunt — …jestem człowiekiem, który dba o interesy innych ludzi. Takim dobrym duchem. Śmieje się pani?
– Nie… Dobry duch bardzo by mi się przydał — zapewnia, ale widać, że jest jej bardzo wesoło.
– Ale?
– Szczerze mówiąc, nie mam za wiele interesów, o które można by dbać.
– Każdy tak mówi. Ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, ile rzeczy mogą poprawić.
– Ja mogę biust. Na D-prim… Nie, dobrze, już się nie wygłupiam. — Przeprasza go ruchem ręki.
– Nie uważam… — chrząka, zatrzymuje się w pół zdania.
– Dziękuję za komplement. — Patrycja i tak wie, co chciał powiedzieć.
– Będę musiał jednak panią o to zapytać… — Przypomina mu się coś, sięga szybko do portfela i wręcza jej swoją wizytówkę.
– Piotr Wojciechowski — Patrycja czyta na głos.
– Będę musiał zapytać o pani dochody… Dochody i wydatki…
– Czytał pan „Czaszkę w czaszce”?
– Co? Wybiła mnie pani z rytmu. Wiem, jak ten pisarz… Nie. Tylko „Półtora królestwa”, zacząłem, ale nie mogę skończyć.
– Dochody i wydatki…
– Pytam po to, żeby zwiększyć pani te pierwsze i zmniejszyć te drugie.
– I za to się panu płaci.
– Właśnie.
– Pummmm… Nie pamięta pan, kto mnie panu polecił?
– Nie mogę sobie przypomnieć.
– Jeśli chodzi o dochody i wydatki… To właściwie ich nie mam… Mam trochę oszczędności na koncie…
– O! To już pierwsza rzecz, gdzie mogę doradzić.
– Ale mało… Za mieszkanie — rozgląda się wokoło, jakby chciała sama sobie zobrazować to, co mówi — płacę, pieprząc się z właścicielem kamienicy. Za taksówki też raczej nie płacę gotówką… Za ciuchy… Wie pan, mężczyźni są bardzo prości w obsłudze, jedna wajcha, to wszystko… A kiedy potrzebuję trochę gotówki, to pieprzę się za gotówkę.
Mężczyzna patrzy na nią przerażony.
– Panu też bym musiała płacić w ten sposób, nie wiem, czy ma pan to w cenniku.
– Nie — odpowiada jak automat, błyskawicznie.
– Każdy facet ma taki cennik… Ale dobra… Widzi pan… — Patrycja rozkłada ręce.
– Coś pani się stało?
– Co?
– Od kilku minut drapie się pani w stopy.
– A… — dociera do niej, że rzeczywiście to robi. Prostuje się, siada sztywno.
– Nie wiem, co mam powiedzieć.
– Zszokowany?
Spogląda jej w oczy, bardzo poważnie.
– Zastanawiam się, czy mógłbym pani jakoś pomóc.
– Zwiększyć dochody czy zmniejszyć wydatki?
– Niech pani nie żartuje. Pomóc pani z tego wyjść.
– Wyjść?
– Nie, przepraszam, to ja wyjdę — nagle wstaje, jakby się ocknął z jakiegoś transu.
[...]
…wygląd lekarza siedzącego za biurkiem ją zaskakuje, spodziewała się jakiegoś starszego pana.
– Doktor Osa? — pyta, niepewna.
Młody, przystojny mężczyzna ma na sobie sportowy lekki dres pumy. Złoty łańcuszek na szyi.
– Tak, proszę usiąść. Wróciłem z siłowni, jeszcze nie zdążyłem się przebrać…
Patrycja siada, nie może oderwać od niego wzroku.
– Fuuu… — Lekarz rozgląda się, szuka fartucha. — Wpuszczono tu panią, bo podobno robiła pani awanturę… Krzyczała pani, że zaraz tu umrze… I że odgryzie stopy pani w recepcji…
– Za panem.
– Co?
– Fartuch. — Patrycja wskazuje palcem. Jego służbowy strój wisi przerzucony przez oparcie fotela.
– Dziękuję…
Wkłada fartuch na dres, na chwilę odwraca się do niej plecami. W tym czasie Patrycja ściąga buty, skarpetki…
– Więc…? Widzę, że pani się naprawdę bardzo śpieszy. – Patrzy na nią z coraz większym rozbawieniem.
Ona przesiada się na kozetkę stojącą tuż obok biurka, wyciąga nogi na prześcieradle.
– Przez nie zwariuję.
Siada przy jej stopach.
– Niech pan je zbada — ponagla go.
Na razie lekarz nie kwapi się do działania, zamiast na stopy, patrzy jej w oczy.
– Nie…! — Patrycji wyrywa się spontaniczny jęk, nagle sobie coś uświadamia.
Jej zachowanie płoszy doktora, dotąd tak rozluźnionego. Mężczyzna spuszcza wzrok, spogląda na jej nogi.
– Widzę, że jest pani wulkanem emocji. — Pochyla się nad jej stopami, ostrożnie ich dotyka.
– Nie… Przepraszam… Uświadomiłam coś sobie…
– Wyglądają na zdrowe — ocenia.
– Swędzą mnie non stop. Ale to jest nic. — Patrycja cały czas przeżywa swoje najświeższe odkrycie.
– Nawet nie są podrażnione, może to coś psychosomatycznego? — Lekarz prostuje się, znowu patrzą sobie w oczy. — Poza tym są wyjątkowo ładne… Może mi pani wierzyć, ja ciągle oglądam różne ludzkie stopy…
– …ale tak pięknych jeszcze pan nie widział? — Patrycja kończy za niego z wyraźnym przekąsem.
– Proszę nie myśleć… — zaczyna się bronić, wyczuwając ironię.
– …że mówię to każdej pacjentce — znowu go wyprzedza.
– Właśnie.
– Zwariowałam. Albo jestem blisko.
– Szczerze mówiąc, to jak pani tu wpadła, nie było całkiem normalne.
– Świrowanie to dopiero się zacznie… W każdym razie przy panu przestały.
– Stopy?
– Nie swędzą. Ale to grzybica albo jakaś inna zaraza. To mi się rzuci niedługo na czoło… Jezu, co ja mówię… — Patrycja jest przerażona sama sobą.
– Grzybica stóp na czoło? — Teraz patrzy na nią jak na wariatkę.
– Chcesz się ze mną umówić?
Tym pytaniem już zupełnie go rozbija.
– Jeśli pani… – zaczyna, bardzo wolno, bo nie wie, co powiedzieć, zastanawia się, czy trafił na zwariowaną dziewczynę, czy na najprawdziwszą wariatkę.
– Patrycja. Mów mi po imieniu. Szkoda czasu, jak mamy tylko tydzień.
– Od jakiegoś czasu niczego już nie rozumiem.
– Z tą grzybicą ja bardzo poważnie.
– Zrobimy wszystkie możliwe badania.
– Okej… Jeden, dziewięć, siedemnaście, osiemnaście, czterdzieści. Możesz zapisać?
– Mogę. — Wstaje z kozetki, bierze kartkę.
– Sprawdzam, czy mogę przewidzieć totolotka.
– Jest pani… Jesteś, Patrycjo, najbardziej szaloną osobą, jaką znam… Ale… brakuje jednej liczby, musi być sześć.
– Albo to — przeskakuje myślami gdzie indziej — sprawdzimy… Umawiam się z tobą, głupi fiucie, tylko po to, żebyś sobie w końcu, maminsynku, uświadomił, że masz miękką fujarę… Żebyś zobaczył, jakim jesteś pedałem — wyrzuca z siebie całą tę serię, obserwując jego reakcję.
Doktor Osa siada na fotelu. Wzrok ma błędny, patrzy na nią z zachwytem.
– Przecudowna…
– Zwykły pizduś…
– Jestem zachwycony…
– …z dobrego domu.
– …twoją energią.
– Chyba nie mam wyjścia.
– Nie mam wyjścia, muszę się w tobie zakochać.
Patrycja patrzy na niego znudzona.
– Dobra, doktorze Osa… Skoro taki los jest nam pisany… Ph…! — parska śmiechem — wyciągaj to swoje żądełko.
On patrzy na nią, jakby był czymś odurzony.
– Chodź, możesz mnie tu przelecieć. — Rozpina guzik przy spodniach.
Mężczyzna wstaje, podchodzi do niej, jak zahipnotyzowany…
[...]
…kosmonauta całuje się w ramię. Potem jeszcze je przygryza, ślini. Połyka po kolei dziewięć neuropastylek, które leżą rozsypane na ekranie-mapie. Nauczył się połykać bez popijania. His wicked sense of humour suggest exciting sex…
– Daj trochę głośniej… — wydaje komendę.
…he’s venus as a boy…
Ma na sobie tylko bio błonę.
– Daj na dwadzieścia… Na full, Max.
Glówna śluza między poziomami 7 i 8 jest lekko wgnieciona, klapa ma nadtopione krawędzie.
– Pierwszy! — Kosmonauta staje na niej, uderza w nią otwartą dłonią.
– Bufffff!!!! — Następuje potężne uderzenie z dołu.
– Drugi… — komentuje kosmonauta. — Gonisz! — woła i rusza biegiem. Co chwila pochyla się, by klepnąć podłogę pod stopami. Odpowiada mu uderzenie z dołu. Obcy cały czas dotrzymuje mu kroku, przemieszcza się dokładnie pod nim.
Kosmonauta w końcu opada z sił, zatrzymuje się. Mimo że ciężko oddycha, wybucha śmiechem…
Autorowi i Wydawcy (Prószyński i S-ka) serdecznie dziękujemy za zgodę na publikację fragmentów powieści.

Grzegorz Jarzyna stwierdził(a):
to bardzo miłe, że promujecie tego autora, który swoim kalejdoskopowym przeciągiem spojrzeń narruje o telenowelowych realnościach w różnych domkach i dryfuje wśród czterech a nawet już więcej niż czterech ścian.
skupienie odgradza nas od swoboby.
Wysłany 25-06-2007 o 12:48 | Permalink
Piotr Janicki stwierdził(a):
Szczególnie druga część pierwszego zdania Twojego komentarza dociera do mnie, podobnie bym coś napisał :)
Dziękujemy za śledzenie nasz. To znaczy Wasz, Waszi, Twoj.
Wysłany 25-06-2007 o 19:11 | Permalink
giera stwierdził(a):
zgadzam sie z panem G.J., dodam jedynie: “Ksiazka prawdziwa na maksa!”
Wysłany 26-06-2007 o 22:24 | Permalink