Przez ścianę
Mariusz Grzebalski
Przez ścianę
Było ich czworo plus dzieci i pies.
Stary pies o siwym pysku,
kolebiący się na boki przy chodzeniu,
zawsze zły.
Trudno było ich polubić.
Krępa blondynka o włosach
zniszczonych przez farbę
i wyrazie twarzy,
jakby zaraz miała uderzyć w płacz,
trzylatek kryjący się w jej cieniu,
dziewczynka — ośmioletnia kopia matki.
No i on, głowa rodziny —
powierzchowność fałszywego karła,
wciąż szarpiący się z burkiem.
Tylko raz słyszałem przez ścianę ich śmiech.
Któregoś dnia znikli.
Została babka, ze względu na fryzurę
nazywana Niemrą.
Minął rok, od kiedy zeszła —
jej mąż wciąż sapie, wlokąc się do windy.
Stary pies zdechł, zastąpił go inny brzydki pies.
Mąż blondynki wrócił i zagadał o pożyczkę.
Nadal nie patrzy w oczy.
Układ
Chmury nad zieloną kością osiedla.
Bulterier ciągnie małolatę w trampkach
i kusej różowej kiecce w kierunku łysych
pijących piwo na murku.
Głupie gnojki i cud-blondi,
po czubki rzęs naładowana amfą —
kurwuje gorzej niż szewc, ale bez wdzięku.
Chlać, brać, dawać ciała tymczasowemu fagasowi
na tylnym siedzeniu beemki — nowa definicja szczęścia.
Ale co ty dla nas masz, kukło?
Ściubienie przy monitorku do piątej nad ranem,
celebrowanie s z t u k i, mleko dla kota?
Nowa mała proza
Słucha w łóżku beznadziejnego techno.
Tak beznadziejnego, że nie potrafi się oderwać.
Ten sam kawałek dwadzieścia dwa razy.
Popołudniu wykrzykując świństwa,
kochał się ze swoją panią.
Potem długo nadzy leżeli na materacu.
Za oknem padał śnieg.
Wszystko wokół tonęło w białym puchu.
Tam mieszka facet, który mnie podgląda —
powiedziała, wskazując okno naprzeciwko.
Bóg jeden wie dlaczego, zaczęli się śmiać.
Po wyjściu poczuł się,
jakby ktoś napluł mu w twarz.
Jakby pijanego wyrzucono go na ulicę.
Jakby był powłoką, pod którą nic już nie ma.
Wcześniej śmiejąc się, pili wino.
Niepostrzeżenie stali się jednym.
Myśli w windzie
Spóźnione słońce sierpnia — ich ulubionego miesiąca.
Ale radość cofa się i szybko znika w nieznaczącym tle.
„Oni” rozwiązało się jak warkocz dziewczyny
na zdjęciu, po którym nie został ślad.
Tak, całe to legendarne życie, o którym wciąż
tyle się słyszy, dzieje się niechcący,
od przypadku do przypadku —
kaprys, nic więcej!
A jednak tyle podarowanego:
obiad w chińskiej knajpce,
orgazm na podłodze w pokoju biurowca,
kiedy na korytarzu szuranie tylu par butów
i głosy wirują w służbie prostodusznego handelku.
Potem spotyka ją powtórnie, raz jeszcze i znów.
Wcale go nie nudzi jej niemądry śmiech.
Chciałoby się powiedzieć
ale milczy się, patrząc nieco cynicznie.
Słowa jak insekty nad świeżą ranką sensu
(chciałoby się powiedzieć). Niewidoczny biegun
przyciąga je i odpycha, przyciąga i odpycha.
Sedno rzeczy tkwi nieporuszone w przepastnych
sztolniach ludzkiego kosmosu. Tu, nad brzegiem,
który jest czymś więcej — czym, okoniu? —
niż brzeg jeziora, mam do powiedzenia
mniej niż liść, mniej niż martwa mysz polna,
którą podnosisz do oczu, ciekawska dziewczynko.
