Stopy. Srebrny medalik.

Maciej Gierszewski

Stopy

      Nie uwierzysz, mówię ci tak: w godzinie szczytu, gdzieś na Śląsku, jechałem autobusem podmiejskim numer 47, na przystanku przy kopalni RYMER wsiedli młodzi górnicy. Byli po szychcie, zmęczeni, brudni, przepoceni, wszyscy w takich samych flanelowych koszulach w zieloną kratę. Pewnie pracowali na przodku, bo pył węgielny mieli na powiekach i w kącikach oczu, jakby specjalnie się umalowali, jakby specjalnie dla ciebie mieli zrobiony ten naturalny makijaż. Czytałem właśnie księgę seksu, która nie chce być księgą seksu, pomyślałem, że chciałbym byś tę książkę przeczytał, a po wierszu ze strony 52 pomyślałem, że chciałbym ci tę książkę dać (dlatego, gdy tylko wróciłem do Poznania, ci ją sprezentowałem). Kilka przystanków dalej, chłopiec z zespołem Downa, siedzący na przednim pomoście na siedzeniu tuż za kierowcą, odwrócił się do mnie i krzyknął: „Tequila on! Tequila on! On! On!”. Chciałem się gdzieś ukryć, bo młodzi górnicy spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, ale na szczęście na następnym przystanku wysiadałem.
      Nie uwierzysz, mówię ci tak: w godzinie szczytu, już w Poznaniu, wracałem od Synka tramwajem numer 13, na przystanku przy BAŁTYKU wsiadła dziewczyna, która stanęła obok mnie i, gdy tramwaj skręcał za rondem, złapała mnie za rękę i nie puszczała. Trzymała swoją dłoń w mojej tak długo, że bałem się spojrzeć jej w oczy.
      Przypomniało mi się, jak kiedyś powiedziałeś: „Stopy chodzą czerwone i brązowe”, ale to jest już fragment innego opowiadania.


Srebrny medalik

      Od kilku miesięcy mieszkam w Jerozolimie. Któregoś dnia idąc ulicą, prowadzącą do Jaffskiej Bramy, zauważyłem spacerującą żydowską rodzinę. Ze trzy pokolenia, było ich chyba ze 30 osób. Wielka serdeczność między nimi, dużo uśmiechów, życzliwe dotykanie się. W gronie rodzinnym była kobieta, która mi się bardzo spodobała. Przerwałem mój obchód i przyglądałem się jej przez chwilę. Zapamiętałem ją, choć wcale nie chciałem jej pamiętać, nie chciałem by wryła mi się w pamięć jej prosta sylwetka, czarne włosy i kremowa sukienka.
      Po jakimś czasie znów ją spotkałem, zainteresowało mnie to. Byłem zaskoczony, że znów się widzimy, chociaż po prawdzie to ja ją spotkałem, ona mnie pewnie nie zauważyła. Zacząłem ją śledzić. Chciałem wiedzieć co robi przez cały dzień i przez całą noc, o której wstaje, co je na obiad, gdzie pracuje, z kim sypia (oczywiście byłem potwornie zazdrosny!), jakich kosmetyków używa, czy chodzi do kina, jak ma na imię jej kot, itd.
      Ona po jakimś czasie zauważyła, że tak pilnie próbuję poznać jej obyczaje, zwyczaje i natręctwa. Kiedyś, gdy w upalny dzień stałem i czekałem jak zejdzie z wieży, którą właśnie zwiedzała, musiała wyjść jakimś tylnim wyjściem, bo nagle stanęła przede mną i zaczęła bardzo życzliwie, z zainteresowaniem ze mną rozmawiać. Po jakimś czasie zaczęliśmy chodzić ze sobą na spacery, razem siadywaliśmy w kawiarniach, piliśmy mrożoną herbatę, rozmawialiśmy, dużo rozmawialiśmy. Coś dobrego działo się między nami. Byłem szczęśliwy. Mieliśmy razem wyjechać na wycieczkę do Hajfy. Ale przedtem miałem poznać jej rodziców. Mieliśmy iść na obiad. Ona przyszła pierwsza. Usiedliśmy na schodach. Było gorąco. Odsunąłem sobie t-shirta, by dmuchnąć sobie na brzuch i się trochę ochłodzić. Ona zauważyła, że mam na szyi łańcuszek, wyjęła go bardzo delikatnie, na łańcuszku był krzyżyk i medalik ze świętym Krzysztofem. Trzymała go dłuższą chwilę w dłoni, jakby go ważyła. Potem powiedziała: „Idź już, niech cię jednak nie zobaczą. Nie spotkamy się więcej. Nie mamy o czym rozmawiać.”

Bez komentarzy.