Ivan Wernisch — „Pchli teatrzyk. Tom I”
Cyc Gada
1) Aura wczesnych wierszy Ivana Wernischa przywodzi na myśl światy znane z obrazów H. Boscha, H. Rousseau, na którego zresztą autor często się powołuje, a także — przenosząc się na nasze podwórko — W. Wojtkiewicza czy nieco zapomnianego, acz wybitnego grafika J. Gielniaka („Sanatoria”). „Po krainach, będących jak gdyby materializacją snu albo fantastycznego płótna jakiegoś może barokowego, a może naiwnego malarza, przechadzają się lub jeżdżą konno osobliwe postaci, chodzą dziwne zwierzęta” pisze o nich Leszek Engelking, najbardziej pracowity polski tłumacz Wernischa. 2) Sam poeta odnosi się po latach do swoich tomów z połowy XX w. z dużą rezerwą („wierszowanki”, „budzą wręcz moje obrzydzenie”), co wydaje się nieco przesadzone, ale zrozumiałe na tle tendencji minimalistycznych czy skłonności do persyflażu coraz wyraźniejszych w jego dziele. 3) Ciekawie jest obserwować, jak wraz z redukcją obfitości przedstawień wzrasta ich siła oddziaływania. Wydaje się, że Wernisch posiadł sztukę mówienia tylko tego, co konieczne, aby wywołać ów przenikający całą jego poezję niepokój przed najgorszym, które czeka tuż za rogiem. 4) Ale mógł też dojść do tego zupełnie inną drogą: „Pisanie wierszy to gapienie się na papier. Pisząc wiersze, a więc gapiąc się na papier, dowiesz się o wierszopisarstwie bardzo niewiele. Po pewnym czasie — ale bardzo długim! — zaczniesz może poznawać, kiedy ten, kto dyktuje, chce albo gotów jest ci dyktować. I to już wszystko. Ale jest to dobre do tego, żebyś nie gapił się na papier niepotrzebnie.”
r
Statek szaleńców
To na Skaldzie, na statku szaleńców –
będę mówił i mówił,
nie słuchając siebie wcale: Na Skaldzie
ze smrodliwego podpokładu
wybujała winorośl
i oplotła maszty.
Poróżowiałe jej grona
roniły sploty robaków, co wwiercały się w szpary,
z których wyrosła roślina,
a z robaków każdy jej nasienie niósł w sobie.
(Wydrążony brzeg)
W nijakim mieście
W nijakim mieście
na brzegu nijakiej rzeki
takie długie życie
życie nie do przeżycia
Życie jak długi dzień
I nagle jest późno
I mam iść do domu
I boję się
tak jak niesforny dzieciak
boi się
wieczora
W nijakim mieście
siedziałem cały dzień
w pokoju z widokiem
na nijaką rzekę
Kry tam wpadały na siebie
jakby to była ucieczka
Takie długie życie
życie nie do przeżycia
i nagle jest późno
Jak by to było
stać się teraz kimś innym
i znowu przeżyć wszystko
co zapomniałem
Słyszysz te ptaki
Słyszysz, te ptaki
wołają,
zdają się wołać
ciebie
Nie, nie mnie
Wołają
moje imię,
nie mnie
Jakże chciałbym wiedzieć,
co znaczy
moje imię
w mowie ptaków
Kanapa
A inny Frycek — to dopiero był głupiec! Nawet nie chce mi się o tym opowiadać. I nie będę. Nie ma potrzeby. Gdziekolwiek się człowiek ruszy, wszędzie sami głupcy, to po co w dodatku o nich opowiadać. Mogli by sobie jeszcze pomyśleć, że są interesujący. Tak się rzeczy mają. Jedyną interesującą osobą jestem tu ja. I to tak szczególnie, tak interesująco interesującą, że wcale bym się nie zdziwił, gdyby oprócz mnie nikt tego dotąd nie zauważył. Ja sam wpadłem na to przypadkiem. Było to tak: Jeden z moich sąsiadów dostał w prezencie kanapę z obiciem w kwiaty, a ponieważ była dla niego za krótka, chętnie ją odstąpił. Na tej dość starej, ale wygodnej kanapie często teraz poleguję, znużony głupotą i nieatrakcyjnością mego otoczenia. By nie rzec: świata. Sofa dla filozofa — powiedziałbym, gdybym chciał zażartować. Ale nie żartuję, mówię więc z całą powagą: sofa dla filozofa.
(O gdzieżby tam)
Pewnego przedpołudnia mecenas Hlávka
Pewnego przedpołudnia mecenas Hlávka, idąc do swojej kawiarni na bulwarze, ujrzał dziewczynę chwiejnie kroczącą po zamarzniętej rzece. Dziewczyna ta była najwyraźniej przytłoczona nędzą: mufeczkę miała wyłysiałą i zbliżała się do przerębli, które zrobili w lodzie nocni kłusownicy. Gapie uważali, że do jednego, może do kilku z tych przerębli wyżej wspomniana niechybnie się rzuci, tym samym, rzecz jasna, marnując swoją młodość, piękno i tak dalej. Mecenas Hlávka jednak energicznie zszedł ku rzece, rozpędził się i długim ślizgiem dognał nieszczęsną właśnie w chwili, kiedy zamierzała uczynić to, co ciekawscy pesymiści przepowiadali. Mocno ją, rozedrganą, chwycił za łokieć i zaprowadził do kawiarni. Tu w czerwonym chambre separeé dziewczynę wykorzystał. Kiedy potem, zrozpaczona, prosiła go, żeby dał jej chociaż trochę jadła, wyśmiał ją i posłał z powrotem nad rzekę, niech się idzie topić. Dziwicie się temu? Zaraz, zaraz! Nie ma się czemu dziwić. Wydarzyło się to bowiem w Czernowicach, a więc w okresie, kiedy mecenas Hlávka nie był jeszcze mecenasem. Zajmował się tu zupełnie innymi sprawami.
(Jaskinia łacinników)
Wiersze i prozy w tłumaczeniu Leszka Engelkinga. Tom ukazał się w bibliotece łódzkiego „Tygla Kultury” w 2003 r., a prezentujemy go dzięki uprzejmości pana Zbigniewa Nowaka. Serdecznie dziękujemy!

Skomentuj
Musisz być zalogowany aby skomentować.