Wiosną o mnie myśl

Maciej Gierszewski

#5
Jakiś bunkier czy inne wojenne pomieszczenie z betonu. Wielka sala, w której jest mnóstwo kabin prysznicowych, są pomalowane na żółto, jestem w jednej, gdzieś w środku tego labiryntu. Kabiny przylegają do siebie, na wysokości twarzy we wszystkich czterech kierunkach są szyby, można patrzeć na sąsiadów/sąsiadki obok. Wszyscy kąpią się nago. Tylko ja mam na sobie białą koszulę, krawat i czarne spodnie. Prysznic jest zawieszony wysoko, woda jest ciepła, przyjemna. Patrzę w kabiny obok, przez nie w tle, daleko, widzę ogromny stół do miksowania muzyki, ktoś przy nim stoi. Widać, że robi muzykę, delikatnie porusza się w rytmie, ale ja nic nie słyszę.

#8
Stoję na wiadukcie nad autostradą. W dole pędzą samochody, dużo, bardzo dużo ciężarówek. Prawie same ciężarówki. Jest niebiesko, błękitnie. Wszystko w takiej poświacie. Nagle jeden z TIR-ów zaczyna koziołkować. Nie wybucha, tylko toczy się jak piłeczka. Wszystko staje. Nagle. Potem stoję przy kabinie kierowcy. Samochód leży na boku, stroną kierowcy na trawie. Klękam, żeby zobaczyć, czy ktoś przeżył. A tam w kabinie moja babcia ze strony ojca, wciąż trzyma kierownicę, odwraca głowę w moim kierunku i mówi: „Maciej, nic mi nie jest”.

#10
Tadeusz Pióro, ubrany w czerwony kostium marokańskich biegaczy, na nogach ma stare, kiedyś białe, trampki firmy „Adidas”. Jesteśmy w Nowym Jorku. Jest z nami Klara Nowakowska i Edward Pasewicz. W trójkę stanowimy klub kibica. Tadeusz ma właśnie rozgrzewkę, będzie biegł w międzynarodowym maratonie jako reprezentant Maghrebu. Coś mu tłumaczymy, Edward wykłada mu taktykę biegu: „Najpierw szybko, potem też szybko.” Tadeusz jest bardzo skupiony. Klara się martwi, pyta mnie, czy mam jakiś pomysł. „Tak, możemy iść na spacer”, odpowiadam. Spacerujemy, dużo mówimy, jedno przez drugie. Mija chyba dużo czasu. W pewnej odległości od nas przebiega Tadeusz, cały zlany potem, ale uśmiechnięty, macha do nas ręką.

#14
Jestem dyrektorem przedszkola dla dzieci specjalnej troski. Mieści się ono w lesie. Po drugiej, przeciwległej stronie lasu jest inne przedszkole, prowadzone przez zakonnicę. Ale nie, ona jest dyrektorem tego przedszkola. Rządzi nim pewien facet, który raz w tygodniu przyjeżdża przejrzeć księgi rachunkowe, tylko to go interesuje. Nasze przedszkola konkurują ze sobą. Moje jest lepsze. Spotykam się z tą zakonnicą raz na jakiś czas, by pogadać, przeważnie ona żali się na swego szefa, ja tego słucham. Czasem rozmawiamy też o innych sprawach, ostatnio gadaliśmy o poezji x. Pasierba. Spotykamy się któregoś razu, a ona mówi, że już dłużej nie wytrzyma i czy przyjmę ją do siebie. Odpowiadam, że tak. No i następnego dnia rano stoi przed drzwiami, przyprowadziła ze sobą prawie wszystkich swoich wychowanków. Bardzo się cieszę, że przyszła. Tamto przedszkole upada, a my musimy dobudować nowy budynek, bo teraz mamy bardzo dużo dzieci.

#20
Himilsbach i Tym leżą w wysokiej trawie. Opalają się nago. Tym ma bardzo małego penisa, ale za to ogromne owłosienie łonowe, w którym prawie nie widać jego instrumentu. Jakaś bardzo młoda dziewczyna, o rudych włosach, także naga — ledwo zarysowane piersi, delikatne owłosienie łonowe — obiera dla nich gruszki i podaje pocięte na kawałki. Wkłada każdemu z nich do ust, jest w tym geście, mimo jej młodego wieku, coś bardzo erotycznego. Leżą obok rudery jakiegoś domu. Podjeżdżają właściciele, kobieta i kobieta, pytają czy w końcu oni zabiorą się do roboty. Tym odpowiada z rozbrajająca szczerością, że im się nie chce, ale wódeczki i gruszek starczy dla miłych pań. One rzeczywiście przyłączają się do libacji. Rozbierają się. Ale nie kładą się w trawie, tylko z samochodu wyciągają plażowe leżaki.

#22
Mieszkam w Warszawie. Jestem gwiazdą, taką typową z pierwszych stron gazet i periodyków dla pań, wszędzie gdzie się pojawię od razu mnie rozpoznają i proszą o autograf. Piszę teksty piosenek. Moja sława jest ogromna, cokolwiek podpiszę swoim nazwiskiem od razu staje się przebojem. Pewnie dlatego prezydent Aleksander Kwaśniewski przyjeżdża do mnie z wizytą, rozmawiamy, nawet bardzo miło, on jest zorientowany w moich piosenkach, w końcu prosi bym napisał piosenkę na kampanię prezydencką jego żony, ma nawet tytuł: „Wiosną o mnie myśl”.

#27
Wchodzę na scenę. Gdy tylko się pojawiam, rozlegają się gromkie brawa. Wszystkie światła skierowane na mnie. Jestem ubrany we frak. W dłoni trzymam batutę. Ogolony na łyso, nie mam ani brwi, ani bródki, ani nawet rzęs. Kłaniam się nisko publiczności. Jest późna noc. Tak, jestem dyrygentem chóru. Schodzę gdzieś po schodach, dłuży mi się zejście. Staję przed moim chórem, który składa się z samych staruszków. Stukam w pulpit, a oni jak na zawołanie wyciągają sztuczne szczęki i wkładają je do szklanek, dziwnie się przy tym uśmiechając, strasznie! Obok mnie pojawia się chłopiec ze szklanką w dłoni, wyciągam swoją szczękę. I znów rozlegają się gromkie brawa publiczności.

#47
Pod niebieskie BMW stojące na Podgórzu chłopak podkłada petardę. Petarda wybucha, samochód podskakuje do góry, na jakieś pół metra, opada z ogromnym hukiem, płoną opony. Po chwili jeszcze jeden huk, samochód koziołkuje do przodu, leży na dachu, przechylony. Przyglądam się temu przez okno. Potem idę deptakiem na Półwiejskiej. Mam rozwarte ramiona, niczym Chrystus na krzyżu, moja ręce się palą. Ogień nie parzy. Jestem tylko zdziwiony. Nikt nie zwraca na mnie uwagi.

#55
Piję poranną kawę z Markiem Bartkowiakiem. Ma nogę założoną na nogę. Szybko nią buja. Opowiada mi o swoim chłopaku, z którym za chwilę ma się spotkać. Właśnie przed tym spotkaniem tak się denerwuje, dawno się nie widzieli — od wczoraj. Wstaję z łóżka, na biurku leży kartka wyrwana z zeszytu w kratkę. Na niej wykaligrafowane pismem Szczepana Kopyta zdanie dużymi literami: „TRZYDZIESTOJEDNOLETNI FACECI TO TEŻ CHUJE”.

#67

[dla Jurka Franczaka]

Jadę do pracy, otwieram gazetę i czytam — na pierwszej stronie! — o śmierci Julii Hartwig. Jest mała notka napisana przez Adama Michnika, obok zdjęcie poetki na marach. Zdjęcie jest przewiązane czarną wstążką. Obok zdjęcia jest wciśnięty w szpaltę jej wiersz. Kartkuję gazetę, prawie na każdej stronie jest jakaś notatka, tekst o niej, jest nawet kolorowy dodatek w całości poświęcony tajemniczym okolicznościom jej śmierci. Na ostatniej stronie interaktywne zdjęcie Adama Wiedemanna opowiada o tym, jaka z niej była świetna poetka i głośno zastanawia się nad tym, jak to się stało, że miała za męża tak kiepskiego poetę.

#74
No i umarłem. Umarłem na amen. Stałem przed Sądem Anielskim, ale wcale nie było to w niebie, bo było ciemno i zimno, miałem gęsią skórkę. Sąd nazywał się „Rada Najwyższa Bloga”. Ktoś pokazywał mi urywki z tego co napisałem, było tam wszystko: wiersze, sny, notki. Na wielkiej czarnej tablicy czerwoną kredą robiono plusy lub minusy. A potem zadzwonił Kuba Mikurda, miał bardzo piskliwy głos, i powiedział: „Pracuj, pracuj, nie wychodź przed 23:00 z pracy, bo nie zostanie ci policzone”.

Bez komentarzy.