To byłoby na tyle
Mariusz Grzebalski
Co z nami, cienki zeszyciku?
Dzisiaj mam tylko ciebie.
Kormoran na wiatrołapie w ciszy stroszy skrzydła,
ktoś rozwija wokół kilimy nocy.
Wszystko, czego się nauczyłem o panowaniu nad sobą zawiodło.
To byłoby na tyle
Lepkie powietrze sączy się zewsząd jak niemy ból.
Ostatni goście właśnie wyjeżdżają,
życząc sobie szczęścia.
Biała sukienka panny młodej w plamach
po całonocnych szaleństwach —
na fotelu. Córka jej siostry w mechaniczny sposób
bawi się wiankiem ze zmarniałych fiołków.
Kto wie, co stało się tu wczoraj, ale nie w sensie:
co robił ten lub tamten?
Wszyscy zmordowani, tylko matka panny młodej
łka zapatrzona w kuchenne okno —
w nic
wyrastające z niczego,
nagle przyjazne,
swojskie
jak wiedza,
która nic nie daje
i w niczym nie pomaga —
że tak miało być.
Blizna, która musi się zasklepić. I dalej w stylu:
O czym nie da się powiedzieć, o tym należy milczeć.
Jedna z sytuacji typu „jajko bez żółtka”.
Panna młoda ani zbyt zmęczona ani zbyt pijana
zmywa w łazience makijaż z taką siłą,
jakby chciała sobie zrobić krzywdę.
Jakby w lustrze miał odbić się ktoś inny lub nikt.
I tyle nowego sprzętu po kątach.
Tyle, rozumiecie, szczęścia.
Tyle kochających się par w drodze powrotnej do domów.
